logo
ad544dfd-b51e-4d15-b3eb-18123fc01072

„The Seven-Ups” – Między „Bullittem” a „Francuskim Łącznikiem”.

Jakkolwiek może zabrzmieć to nieco dziwacznie, „The Seven-Ups” (1973) to thriller rodzinny dzielący pokrewieństwo z „Bullittem” i „Francuskim Łącznikiem”. Ten sam gatunek, podobny scenariusz i typ bohaterów, czerpanie z tych samych motywów, nieodzowne strzelaniny oraz zapierający dech pościg samochodowy. Co więcej, kilka osób z ekipy filmowej pracowało wspólnie przy tych trzech filmach.

Za kamerą, po raz pierwszy i ostatni w życiu, stanął Philip D’Antoni, producent „Bullitta” i „Łącznika”, w obsadzie znaleźli się grający w obrazie Williama Friedkina Roy Scheider i Tony Lo Bianco. Dla tego pierwszego była to pierwsza główna rola w karierze. Sekwencje pościgu, podobnie jak w obu klasykach kina kryminalno-sensacyjnego, opracował legendarny Bill Hickman, kaskader i okazjonalny aktor, który i tym razem dostał małą rólkę, wcielając się, a jakże, w płatnego zabójcę i kierowcę uciekającego przed policją. Do tego grona należy włączyć autora ścieżki dźwiękowej Dona Ellisa, montażystę Geralda B. Greenberga oraz doradcę technicznego, mającego za sobą doświadczenie w pracy w policji, Sonny’ego Grosso.

A jednak, mimo tak doświadczonej ekipy, film nie dorównuje swoim, trzymając się tematyki rodzinnej, bardziej znanym kuzynom. W porównaniu wychodzi na to, że „The Seven-Ups” przypomina ubogiego krewnego z prowincji. Siłą dobrego filmu kryminalnego jest dobrze napisany scenariusz i wymóg ten spełniają i „Bullitt” i „Łącznik”, czego, niestety, nie można powiedzieć o „The Seven-Ups”. Fabuła jest jego największą słabością. W ogóle nie przypomina jednolitej konstrukcji, tylko jest podzielona na odrębne wątki, które na pewnym etapie zostają złączone, ale połączenie to wygląda na wymuszone przez okoliczności. Z jednej strony działalność stosującego wyjątkowo brutalne i nieortodoksyjne metody walki z przestępczością oddziału policjantów pod dowództwem Buddy’ego Manucci (postaci luźno wzorowanej na partnerze „Popeye’a” Doyle’a z „Łącznika” – Buddym „Cloudy” Russo), z drugiej – sprawa serii porwań dla okupu szefów nowojorskiej mafii przez grupkę tajemniczych przestępców udających policjantów. No, a potem leci równo, zgodnie z prawidłami gatunku, urozmaiconymi kilkoma zwrotami akcji i dziurami logicznymi.

 

7-UpsRoy

 

Tak podana historia tytułowego oddziału „The Seven-Ups”, którego nazwa stanowi grę słów, a pochodzi od wymiaru kary – od siedmiu lat w górę – wysokość wyroków na jakie zostają skazani złapani przez niego przestępcy, to na pewno nie jest argument przemawiający na korzyść tego filmu. Działalność policjantów-renegatów została potraktowana bardzo skrótowo. O ich legendarnej skuteczności, pomysłowości i bezwzględności świadczy raptem kilka wydarzeń, najbardziej efektownie wygląda akcja przeprowadzona w scenie otwierającej, gdzie dochodzi do zatrzymania handlarzy fałszywymi banknotami, natomiast słabo wypada najście jednego z mafiosów w domu. Skoro już jesteśmy przy mafii – obraz tej organizacji przestępczej wypada karykaturalnie. Oto głowy rodzin przypominają trzęsących się ze strachu staruszków, których nie stać na podjęcie żadnych kroków, aby wyjaśnić kto im bruździ na ich terenie i pozbyć się delikwentów raz na zawsze. Można powiedzieć, że w „The Seven-Ups” mafia nie jest żadną prężną organizacją kontrolującą miasto, lecz przypomina klub seniora.

Być może efekt końcowy byłby lepszy, gdyby sterów reżyserskich nie przejęła osoba bez odpowiednich kwalifikacji. Możliwość podglądania na planie Peter Yatesa i Williama Friedkina nie zastąpi doświadczenia i warsztatu. Całe szczęście, że D’Antoni tylko raz zdecydował się objąć funkcję reżysera. Pewnie oglądając finalny efekt swojej pracy, pojął, że umiejętności nie predysponują go do sukcesu. Od strony technicznej „The Seven-Ups” jest bardzo nierówny. Na uznanie z całą pewnością zasługuje znakomicie opracowana i nawiązująca do „Bullitta” scena pościgu zakończona specyficznym hołdem złożonym zmarłej w makabrycznym wypadku samochodowym aktorce Jayne Mansfield, ale film nie jest pozbawiony poważnych wpadek, bardzo widocznych w niezdarnie nakręconych, a później zmontowanych scenach w myjni samochodowej i magazynie.

Nie jest to jednak jakiś wybitnie nieudany film. Poza niedoskonałościami fabularnymi mamy do czynienia z utrzymanym w miarę szybkim tempie filmem. Atutem „The Seven-Ups”, jeśli ktoś zwraca uwagę na takie detale, jest obraz Nowego Jorku. Nie jest to Nowy Jork z piosenek Franka Sinatry ani z filmów Woody’ego Allena, tutaj pokazany w stylu paradokumentalnym, z perspektywy ulicy jako miejsce szare, ponure, wystylizowane na współczesną betonową dżunglę nękaną masą problemów z wysokim poziomem przestępczości i zalewem narkotyków na czele. Wygląda surowo, brzmi surowo. W takim miejscu nie każdy potrafi sobie poradzić. Pozycja przede wszystkim dla fanów gatunku, mniej zaznajomieni z nurtem kryminalnym powinni poszukać czegoś innego.

vindom

Źródła zdjęć: watchesinmovies.com, chantrellposter.com