logo
DJANGO.1966. Franco Nero.Trdublaj 217

„Bohater może być brudnym sukinsynem” – rozmowa z Franco Nero.

„Django” to chyba najbardziej znany, obok postaci Bezimiennego z „dolarowej trylogii” Leone, bohater spaghetti westernów, zaś sam obraz Sergio Corbucciego, w którym grałeś tytułową rolę, stał się jednym z najbardziej dochodowych w historii. Jak myślisz, czemu zawdzięcza on taką popularność?

Myślę, że z tego powodu, iż spaghetti westerny były kompletnie odmienne od amerykańskich. Gdy rozpoczynaliśmy kręcenie tych filmów – wpierw „Fistful of Dollars”, potem „Django”, były na tyle oryginalne, że ludziom wydawało się, iż pochodzą z innego świata. W pamięci mieli Johna Wayne’a, wiecznie czystego i bohaterskiego kowboja, zaś po seansie naszych obrazów, okazywało się, że bohater może być brudnym sukinsynem. Jak w życiu, w tym bohaterze czaiło się zło. Nie ma człowieka, który byłby w stu procentach dobry, w każdym jest cząstka zła. Do tego atmosfera tych obrazów, momentami nabierająca cech komedii… dużo kopiowaliśmy z japońskich filmów o samurajach. W niektórych krajach „Django” był nawet większym sukcesem niż film Leone.

W krajach Trzeciego Świata?

Tak, w Południowej Afryce, ale i w Japonii, bodajże był numerem jeden przez dwa lata. Także w Niemczech, właściwie wszędzie. Potem nadeszły kolejne, choćby „My Name is Trinity”, w którym miałem dostać główną rolę.

Miałeś grać postać Trinity?

Tak, reżyserem tego westernu był oświetleniowiec „Django”, czyli Enzo Barboni, który zmienił nazwisko na brzmiące angielsko E.B. Clucher. No i podczas zdjęć do „Django” chodził ze skryptem, prosząc mnie o monologi – „Franco przeczytaj to: Trinity to, Trinity tamto…”. Niestety miałem w planach „Camelot” w Ameryce, więc do niczego nie doszło. Znaleźli więc aktora, który był do mnie podobny, czyli Terrence’a Hilla. Początkowo wszyscy myśleli, że to Franco Nero, który zmienił swoje nazwisko.

Czy, mając na względzie ogromny sukces „Django”, proponowano Ci role w późniejszych niezliczonych kontynuacjach?

Tak, zrobiłem wtedy całą masę westernów.

A w serii „Django”?

Och, nie, właściwie jedynym krajem, gdzie nazywano moje filmy „Django”, były Niemcy. Zrobiłem tam film o mafii, więc nazwali go „Django In Sicily”! W Austrii, gdy kręciłem obraz The Babylon Project, o superbroni, jaką budował Saddam Hussein, przychodzili do mnie dziennikarze, mówiąc: „nakręciłeś wiele obrazów o Django…” Odpowiadałem im, że nakręciłem tylko jeden, a to oni wiecznie dopisywali kolejnym w tytule Django.

Właściwie to zrobiłeś dwa?

No tak, zapomniałem o „Django Strikes Again”, nakręcony po 25 latach od premiery pierwszego.

Co spowodowało, że po tylu latach wróciłeś do tej postaci?

Po prostu bardzo tego chciałem. Chciałem pokazać, że westerny jeszcze nie umarły, choć to nie był ich czas. A wiec zrobiliśmy prolog, w którym spotykają się dwa starzy rewolwerowcy, tocząc ostatni pojedynek – jednak nie mogą w siebie trafić, całe miasteczko się śmieje. Ale chwilę później słyszą dźwięk dzwonu, w który obydwaj trafiają precyzyjnie… Po prostu nie chcieli się nawzajem zabić; wchodzą więc do saloonu na szklaneczkę, zaczynają rozmowę, wspominając stare lata – „…wszyscy już umarli, Butch Cassidy też, tylko my zostaliśmy…” Jeden pyta drugiego, co stało się z tym gościem, który wszędzie taskał za sobą trumnę, jak on się nazywał… No i gdy tak sobie rozmawiają, nagle wielkie działo rozwala w pył miasteczko, w tym obu bohaterów z prologu. Jeden z nich umierając mówi: „Tak, teraz pamiętam jego imię, nazywał się… Django!”. Tak miał się zaczynać ten obraz, lecz prolog ów wycięto.

Dlaczego?

Nie mam pojęcia; Django w tym obrazie żyje w zakonie, nie ma już ochoty walczyć – to nie podobało mi się.

Nie myślisz o trzeciej części?

Rozpoczynam zdjęcia do westernu, „Jonathan of the Bears”…

…który w Niemczech zapewne nazwą „Django”…

Pewnie tak (śmiech)!To będzie ekologiczne kino z antyrasistowskim przesłaniem. Będziemy kręcić w Rosji, ze względów lokacyjnych, ale i pieniężnych – gdziekolwiek teraz nie pojedziesz, wszędzie jest drogo…

 

subeimagenes1com 

 

Nadal kochasz westerny?

Jestem ich fanem. Już od najmłodszych lat marzyłem o jeździe konnej. To był mój typ bohatera – jeździec w górskim pejzażu. Będąc młodym chłopakiem chodziłem do kina na amerykańskie westerny – „W Samo Południe”, „Vera Cruz”, filmy z Lancasterem albo Douglasem, „Pojedynek w Corralu O.K.”, czy „15.10 do Yumy” – szalałem na punkcie westernów!

Są jednak ludzie, którzy uwielbiają włoskie westerny, nie przepadając za amerykańskimi…

Myślę, że we Włoszech kręcono westerny z myślą o robotnikach, którzy lubili fantazjować, o tym np. że idą do biura szefa i z bohaterską miną robią rozpierduchę. Oczyszczają stary świat, tworząc nowy porządek.

Podobnie jak Jimmy Cliff w „Harder They Come”?

Tak, o tym właśnie mówię.

To prowadzi nas do politycznego zaplecza spaghetti westernów.

Jednym z takich był „The Professional Gun”, o meksykańskiej rewolucji, ale i „Companeros”. Czy choćby wspaniały film, w którym grałem pół-Indianina, „Keoma”…

Czy to Ty śpiewałeś na jego ścieżce dźwiękowej?

Nie, choć chciałbym.

„Keoma” to bardzo dziwny western.

Tak, w tym obrazie dużo mówię o życiu i śmierci. Dla mnie śmierć to stara wiedźma, która pojawia się cały czas niczym duch, zaś życie to ciężarna kobieta. Gdy wiedźma znika, kobieta ciężarna może urodzić dziecko.

Keoma nie był klasycznym bohaterem, zresztą zawsze grywałeś dwuznaczne postacie?

Tak, choć każdy kto jest człowiekiem, ma w sobie tą ambiwalencję, nawet papież.

 

choicegrinds1files1wordpress1com

 

Zrobiłeś wiele obrazów z Corbuccim: „Django”, „The Professional Gun”, „Companeros” i inne. Musiałeś wejść z nim w głębszą zażyłość?

Świetnie się rozumieliśmy. Po jakimś czasie jednak zapragnął kręcić inne rzeczy, włoskie komedie. Planowaliśmy zrobić razem coś jeszcze, niestety Sergio zmarł.

Powiedział kiedyś słynne słowa: „John Ford miał Johna Wayne’a…”

Tak: „Ford miał Wayne’a, Leone Eastwooda, a ja mam Nero!” Wspaniały człowiek, na dodatek z poczuciem humoru, lubiący długo sypiać, przez co dość późno przychodził na plan. Gdy pytałem go o te spóźnienia, zawsze miał jakąś wymówkę – a to nawalił samochód czy pękła opona, albo miał akurat ważną rozmowę telefoniczną… Prawda jest taka, że miał bardzo niskie ciśnienie krwi i rano nie mógł pracować – typowe dla włoskich reżyserów. No i pewnego dnia przygotowujemy plan, czekamy tylko na niego, po czym Sergio przychodzi spóźniony i zaczyna mnie przepraszać. „Nie ma sprawy – mówię do niego – czekamy tylko na Ciebie, żebyś mógł rozpocząć zdjęcia.” A on na to: „Ale nie mam pojęcia jak je rozpocząć!”. Było to na planie „Companeros”.

Zebrała się tam prawdziwa śmietanka.

Tak – Tomas Milian, Jack Palance, Fernando Rey.

Spaghetti westerny były zawsze kręcone z myślą o późniejszym dubbingu…

Tak, wszystkie dialogi były później nagrywane na nowo. Oczywiście gdy kręciliśmy „Django”, nie znałem angielskiego, więc podłożono mi amerykański głos. Ale nawet, gdy już nauczyłem się angielskiego nie chciałem grywać amerykanów. W „Professional Gun” zagrałem Polaka, w „Companeros” Szweda, w „Keoma” pół-Indianina. Zawsze musiałem szukać jakiejś wymówki, żeby móc używać mojego głosu.

W „Django Strikes Again” używasz jednak swojego głosu?

Tak.

Czy to John Huston był w tej kwestii Twoim nauczycielem?

W pewien sposób tak, gdy odkrył mnie w „The Bible”, powiedział: „Musisz nauczyć się angielskiego!”. I tak, dzień w dzień robiliśmy rozmówki. Przynosił mi Szekspira w interpretacji Gielguda, Oliviera, Redgrave’a – nauczyłem się Szekspira fonetycznie, nie wiedząc o czym mówię! Ale uczyłem się nadal, więc mogłem cytować Szekspira Hustonowi bez problemu. Potem, gdy Joshua Logan szukał kogoś do roli Króla Artura i Lancelota w „Camelot”, John polecił mu Richarda Harrisa i mnie. Gdy spotkaliśmy się z Joshuą i okazało się, że mój angielski niestety nie jest na wysokim poziomie, zaczęły się problemy. Joshua nie mógł mnie zatrudnić i gdy opuszczałem już jego pokój , w progu powiedziałem do niego – „zapomniałem Ci powiedzieć, że znam Szekspira w oryginale…” Jego reakcja była prosta – przecież nie umiesz tego języka! Ale gdy zacząłem recytować, Joshua nie mógł w to uwierzyć i zatrudnił mnie mówiąc: „Skoro potrafisz recytować Szekspira, nauczysz się kilku cholernych linijek tekstu!”.

Zagrałeś też w „Komandosach z Nawarony”.

Zrobiłem kilka filmów w Anglii: „The Virgin and The Gipsy”, „Komandosi z Nawarony”, „Pope Joan”…

Michael Byrne grający oficera gestapo w „Komandosach…” mówił o Robercie Shaw, że ten wmawiał Tobie, że nie potrafisz strzelać, wyzywając Cię na pojedynki…

Tak, co chwila wymyślał jakiś pojedynek. Na szczęście w końcu go pokonałem. Mimo to, czuł wobec mnie duży respekt. Uwielbiał mnie, miał wiele dzieci, którymi opiekowałem się w Rzymie. Kiedyś powiedział do Harrisona Forda: „Daleko z ta twarzą nie zajdziesz, spójrz na Franco!” Wiesz, lubił wywoływać napięcia międzyludzkie. Co do Harrisona oczywiście się pomylił. Jest kilka anegdot z nim związanych. Pewnego dnia zapragnął zobaczyć jakiś mecz piłkarski, więc zatrzymaliśmy się u jakichś biednych ludzi. Potem się upił, a że byliśmy na zupełnym odludziu bez samochodów, musiałem go nieść na plecach jakieś trzy kilometry do naszego hotelu w nocy, między drugą a trzecią. Od tego czasu miałem problem z plecami!

 

movpins1com

 

W „Komandosach z Nawarony” grałeś czarny charakter.

Właściwie to miałem grac postać głównego bohatera, który według książki był Grekiem. Niestety Amerykanie nie chcieli mieć w filmie Europejczyka jako głównego bohatera, tym bardziej kogoś z akcentem. We wcześniejszych latach im to nie przeszkadzało – mieli Valentino, Chevaliera, Shariffa, w sumie ja też byłem taką postacią. Ale teraz, w ostatnich 15 latach to się zmieniło, Europejczyk nie może być bohaterem, dostaje zwykle postać bad guya. A wiec odbyło się spotkanie, na którym mówią do mnie: „Franco, mamy pomysł, zmienimy Twoją postać, zamiast bohaterem, będziesz szpiegiem! Zrobimy tak, że każdy będzie myślał, że jesteś Jugosłowianinem, a tak naprawdę będziesz niemieckim szpiegiem! To doda filmowi pikanterii!” Zrozumiałem od razu ich pobudki, chcieli dać większe role Fordowi i Shawowi, w tym czasie coraz większym gwiazdom, jeden był świeżo po Żądle, drugi po Gwiezdnych Wojnach. Myśleli, że z tego powodu opuszczę plan, chcieli więc zapłacić mi więcej. Podwoiłem więc stawkę!

Widziałeś „Bez przebaczenia” Clinta Eastwooda, co o nim sądzisz?

Tak, widziałem – wspaniałe dzieło! Jak wiesz, dedykował ten film Leone i Siegelowi, odwalił kawał świetnej roboty! Zawsze go podziwiałem, gdyż zna swoje ograniczenia. To świetna cecha. Pamiętam jak lata temu producenci oferowali mu świetne role, wymagające jednak świetnego aktorstwa. Odpowiedział: „ To są świetne obrazy, dobrze napisane, ale nie poradzę sobie z taką ilością tekstu”. Gdy to usłyszałem, zrozumiałem, że gość jest bardzo inteligentny. To wspaniały reżyser, świetny aktor, wiedzący na co go stać. Nie weźmie roli, jeżeli czuje, że jej nie udźwignie. Oczywiście znamy się osobiście, na planie „Camelotu” spotkaliśmy się i powiedział do mnie: „Zobacz Franco, jesteś Włochem i robisz duży amerykański film, podczas gdy ja jestem Amerykaninem i dalej kręcę spaghetti westerny”. Odpowiedziałem mu: „Nie przejmuj się, już niedługo wrócę do Włoch, zaś Ty zostaniesz tutaj”. Niedługo później Joshua Logan zaproponował mi rolę w „Pomaluj swój wóz”, którą odmówiłem. Wziął ją Clint i zobacz co się później stało…!

Wywiad ukazał się w Giallo Pages, rozmawiali Clive Illenden i James Rumsey. Opracowanie i tłumaczenie tekstu: haku

Źródła zdjęć: pixgood.com, guns-pictures.drippic.com, vgroupnetwork.com, choicegrinds.wordpress.com

  • http://panorama-kina.blogspot.com/ Mariusz

    Fajny aktor i fajnie się czyta wywiady z takimi ludźmi. Po przeczytaniu tego tekstu naszła mnie taka myśl: skoro Nero i Eastwood znali się osobiście to wielka szkoda, że nigdy nie zagrali we wspólnym filmie.
    Moim zdaniem Nero świetną rolę zagrał w „Dniu Puszczyka” („Django na Sycylii”?), gdzie partnerowała mu Claudia Cardinale. Rewelacyjny był także w thrillerze „Autostop Rosso Sangue).

    • tbtshaku

      Ja Czarnego Franka odkryłem późno, ale jak już się udało to chłonę w całości. Odpowiada mi wszystko co chłop sobą reprezentuje. Marzy mi się taki skład: Nero, Van Cleef, Eastwood, choć to oczywiście już niemożliwe. Jak na razie pozostaję pod kolosalnym wpływem Keomy. Nawet Django tak mnie nie ruszył.