logo
wrongsideoftheart1comaaa

„Wolny człowiek nie umrze nigdy”. Keoma – Enzo G. Castellari.

W 1976 roku we Włoszech dogorywał wyeksploatowany do cna spaghetti – western, wypierany przez coraz bardziej krwawe filmy policyjne i gialla, zmierzające już w stronę nowego przemysłu, który na dobre rozkwitł na przełomie lat 70 -tych i 80-tych, czyli zombie horroru. Jak powszechnie wiadomo, umierającemu polepsza się tuż przed śmiercią i tak też stało się w tym wypadku: świeżo po odniesieniu sukcesów w poliziotteschi, pojawia się Enzo G.Castellari z najważniejszym obrazem w swojej karierze, nazwanym wielce oryginalnie „Keoma”, wpisując się w poetykę „twilight spaghetti westerns”. Ich cechą zasadniczą był, w odróżnieniu choćby od westernów komediowych, sentymentalny i melancholijny nastrój całości, najczęściej wspomagany gitarowymi balladami, nawiązującymi do hippisowskich ideałów.

Keoma (Franco Nero) wraca z Wojny Secesyjnej, podczas której walczył po stronie zwycięskiej Północy do rodzinnego miasteczka – panuje w nim zaraza, zaś ludzie są zastraszani przez bezwzględne bandy pod dowództwem niejakiego Caldwella (Donal „Donald” O’Brien). Nasz bohater w klimatycznym prologu ratuje od niechybnej śmierci będącą w ciąży Lisę (Olga Karlatos, której przebite oko w „Zombi 2″ Fulciego stanie się po latach symboliczną sceną włoskiego horroru), roztaczając nad nią opiekę. Naraża się tym na gniew opryszków, którzy zamierzają pozbyć się kłopotliwego przybysza. Rządzący miasteczkiem Caldwell zmusza jego mieszkańców do morderczej pracy w kopalni srebra, nie dając nic w zamian, odmawiając im lekarstw i innych potrzebnych do życia środków. Keoma będzie musiał przywrócić równowagę w tym zdegenerowanym świecie, a dokona tego przy pomocy starego przyjaciela, czarnoskórego George’a (Woody Strode) oraz przybranego ojca Willa (William Berger). 

 

listal1com

 

Nagromadzenie ujęć slow – motion, przy jednoczesnym braku ukazania rozlewu krwi, czyni obraz wielce wyjątkowym. Postacie trafione kulą Keomy padają na ziemię niczym tancerze baletu, odgrywający podniośle swą śmierć. Zabieg jak dla mnie trafny, będący swoistym trademarkiem Castellariego, zapożyczonym zresztą z dzieł Sama Peckinpaha. Prócz ujęć w zwolnionym tempie, mamy także nagromadzenie zbliżeń na wszystkie postaci dramatu, tak częste we włoskich westernach. Postać głównego bohatera i jego trudną przeszłość poznajemy w całej masie retrospekcji, jakimi poprzetykany jest ten nietypowy obraz (szczególnie uderza przemieszanie czasu teraźniejszego z przeszłością, które przenikają się w naznaczonym śmiercią korowodzie postaci przemierzających kadry), pełen strzelanin i bójek, ale i oddychających wolnością antyrasistowskich dialogów. Nośnikiem humanitarnych wartości jest mieszaniec, pół – Indianin, który od dzieciństwa był szykanowany przez przyrodnich braci; jedyną osobą, która okazuje mu miłość i której pozostaje wierny jest jego ojczym William. 

Castellari uwzniośla swojego bohatera, nadając mu cechy Zbawiciela, który w martyrologicznym, wielowątkowym i rozegranym na kilku płaszczyznach finale, cierpi rozpostarty na kole, niczym Chrystus na krzyżu, zaś jego przybrani bracia stojący z ciałem ojca przypominają chrześcijańskie ukazania cierpiącej matki, składającej zwłoki swego syna do grobu. Gdy Keoma zostanie pozostawiony na pewną śmierć, a bracia wraz z resztą miasteczka oddadzą się zabawom i uciechom, jego ciało zostanie potajemnie „wykradzione” z prowizorycznego więzienia, co uczyni go  zmartwychwstałym. 

Kontrowersyjna ścieżka dźwiękowa braci Guido i Maurizio de Angelis to gitarowe ballady, wzorowane na soundtrackach w których udzielał się Bob Dylan, czy Leonard Cohen („Pat Garrett i Billy Kid”, „Mc Cabe i Pani Miller”), gdzie na przemian kobiece i męskie głosy komentują kolejne sceny niczym grecki chór. Bo „Keoma” to obraz będący uwspółcześnioną wersją greckiej tragedii; jej bohaterowie są wyraźnie podzieleni na złych i dobrych. W tle dramatu przewija się ostrzegająca bohatera przed niebezpieczeństwem wiedźma (Ananke?) oraz uratowana przez niego od śmierci Lisa, która w całej historii odegra bardzo ważną rolę. Gdy w finale dojdzie do pojedynku między Keomą a jego braćmi, Castellari rozegra go po mistrzowsku: na tle przeraźliwych krzyków rodzącej Lisy rewolwerowiec zastawi na nich pułapkę, mszcząc się za pełne prześladowań lata. Bohater dopełni zemsty, widza czeka zaś prawdziwe katharsis.

 

13-1

 

I choć fabularnie schemat goni schemat: oto samotny jeździec – mściciel wyrównuje rachunki, mści się za zadawnione krzywdy, a na dodatek ratuje miasteczko od terroryzującej je bandy. Jest nawrócony pijak, pragnący odkupić stracone lata, jest oczywiście i kobieta, zasadniczo będąca zaczątkiem sporu. Mimo tych klisz, rezultat jest powalający – wszystko to dzięki natchnionej reżyserii i przekonującemu aktorstwu, ale i świetnym zdjęciom Aiace Parolina. Kilka słów na temat muzyki: tytułowego songu słucha się naprawdę dobrze, niestety tylko do drugiej minuty, kiedy to wchodzi jeden z najbardziej przegiętych męskich wokali jakie można usłyszeć nie tylko w westernie: nieudane naśladownictwo Dylana, Cohena i Bóg wie kogo jeszcze (choć w „Mannaja” bracia de Angelis przebili samych siebie pod tym względem). Mimo to, same melodie i damskie wokale w mojej opinii bronią się po latach. Jak głoszą wieści z planu filmowego, pierwsza wersja scenariusza, napisana przez Luigiego Montefiori (czyli George’a Eastmana) została odrzucona, Castellari pozostawił z niej tylko kilka momentów, improwizując na planie z aktorami (podobno jednym ze współautorów dialogów był Joshua Sinclair, grający w obrazie jednego z braci Keomy). W rezultacie powstał jeden z najważniejszych obrazów późnego spaghetti westernu. Od kilku miesięcy mój ulubiony. 

haku

Za pomoc i cenne wskazówki dziękuję dwóm miłośnikom spag-westu,  Marcinowi z http://kinomisja.blogspot.com oraz Simply’emu.

Źródło zdjęć: wrongsideoftheart.com, listal.com, rockshockpop.com