logo
screen_shot_2010-01-17_at_2_14_52_pm

„Dark Waters” – reż. Mariano Baino, 1993

„Dark Waters”, debiut reżyserski Mariano Baino z 1993 roku i do dziś jego jedyny film pełnometrażowy, to jeden z najważniejszych włoskich horrorów lat 90-tych. Nakręcony w kompletnie niesprzyjającej takim produkcjom dekadzie, kiedy to włoskie kino gatunkowe właściwie już nie istniało, stał się pierwszym obrazem,  który powstał na Ukrainie po rozdziale od Związku Radzieckiego. Oniryczna podróż do tajemnic dzieciństwa, przefiltrowana przez rytualne pojmowanie świata, nasączona wątkami z prozy Lovecrafta, pozostaje po dziś dzień doskonałym przykładem kina grozy powstającego z dala od dużych wytwórni i wielkich budżetów.

Fabuła, nawiązująca do „Widma nad Innsmouth” wspomnianego pisarza, traktuje o odkrywaniu własnej tożsamości: powracając po wielu latach na odosobnioną od świata wyspę, Elizabeth chce rozliczyć się z demonami przeszłości – klasztor będący miejscem jej narodzin jest siedzibą zakonu, który dotował jej ojciec. Po przybyciu na wyspę, przeszłość uderza w kobietę ze zdwojoną siłą – wracają wspomnienia z dzieciństwa, pełne tajemniczych obrazów, które powoli układają się w mroczną całość. Okazuje się iż w klasztorze trwa kult zapomnianego przez ludzi Boga, któremu cześć, w mających pradawną formę rytuału procesjach, oddają zakonnice. W katakumbach ukrywa się oślepiony starzec przenoszący swoje wizje w rzeczywistość, poprzez malowanie okrutnych kaźni, zaś ludzie mieszkający poza jego murami przejawiają mordercze skłonności.

 

mv5bymm0yjfknjktzjdjnc00n2y3lwfln2ytntbkogi3zjjknzezxkeyxkfqcgdeqxvynduxnjc5njy-_v1_sy1000_cr007261000_al_

Już od prologu Baino doskonale wprowadza widza w wykreowany przez siebie i operatora Alexa Howe (dziś uznanego specjalistę pracującego przy wielu blockbusterach) świat: kolejne kadry  przypominają bluźniercze sekwencje z największych nunsploiterskich dzieł. Nie ma tu jednak miejsca na tak częsty w tego typu kinie kicz: u Baino wygrywa powolne budowanie klimatu narastającej tajemnicy, podsycane idealnie współgrającą z obrazem muzyką Igora Clarka. Z pozornie ogranych wątków reżysera tworzy oryginalną całość, pozbawioną fałszywych nut – to hołd dla jego mistrzów – kłania się szczególnie Dario Argento i Mario Bava – w wielu scenach widzimy zresztą podobne operowanie światłem jak u wielkich poprzedników.

W poniższym wywiadzie, Mariano Baino rzuca trochę światła na interpretację filmu, opowiadając także o swoich inspiracjach oraz technice pracy. Wywiad został przeprowadzony podczas „Cinema Wasteland” w październiku 2008 roku przez Jona Kitleya z Kitley’s Crypt. Serdeczne dzięki dla Jona za jego udostępnienie.

Kitley’s Krypt: Twierdzisz w wywiadach, ze wielki wpływ na Twoje dzieciństwo miała twórczość H.P.Lovecrafta. Kto więc miał na Ciebie wpływ spośród twórców filmowych?
Mariano Baino: Gdy dorastałem oglądałem masę włoskich horrorów, filmy Daria Argenta, czy Lamberta Bavy. Ale widziałem także wiele amerykańskich obrazów – ludzie często dziwią się, że to Steven Spielberg jest jednym z moich ulubionych reżyserów. Niektóre obrazy inspirujące mnie pochodzą jednak z Europy – zarówno włoskie klasyki jak i obrazy wytwórni Hammer. Gdy zobaczyłem gotowy materiał z „Dark Waters”, stwierdziłem: „Mój Boże, to jest hammer horror”. Gdy już mowa o inspiracjach, wydaje mi się, iż ludzie nie do końca rozumieją na czym one polegają – najczęściej myślą, że to bezpośrednia sytuacja – widzisz gdzieś sekwencję w czerwieni, kręcisz swoją też w ten sposób; widzisz jakiś obraz, po czym próbujesz go odtworzyć. Według mnie całą różnicę robi jednak sposób, w jaki mózg przekształca informację – możemy więc oglądać ten sam film Spielberga, jednak moje odczucia mogą być całkiem różne od Twoich.

KK: Czy jakiś obraz wywarł na Ciebie szczególny wpływ w okresie dorastania?
MB: Tak, “Bliskie spotkania trzeciego stopnia”. Pamiętam, że kiedy wróciłem do domu z kina, czułem się jakbym unosił się z powietrzu. Pamiętam seans „Szczęk” z moimi rodzicami, po którym na długi czas bałem się morza. Oczywiście pojawiły się także filmy Argenta: „Głęboka Czerwień”, „Suspiria”…

KK: Czy jako dziecko interesowałeś się horrorem?
MB: Jako małe dziecko uwielbiałem kino przygodowe i fantasy – przygody Tarzana czy Sindbada, filmy w produkcji Raya Harryhausena w stylu “Siódma podróż Sindbada” – gdy wychodziłem z rodzicami z kina, czułem, że otworzył się przede mną świat magii. Horrorem zacząłem się interesować się w wieku 13 lat, do czego przyczyniło się moje zainteresowanie science fiction – w wieku 11 lat dostałem od rodziców książkę „Planeta Małp”, która bardzo mnie zainteresowała. Zacząłem więc czytać kolejne opowieści fantastyczne, następnie Lovecrafta, no i w końcu dotarłem do horrorów. Jeśli chodzi o moje zainteresowanie tym gatunkiem, to myślę, że już wcześniej mnie do niego ciągnęło, to dosyć osobista sprawa – nie musiałem nawet oglądać tych filmów, po prostu bałem się wielu rzeczy, miejsc, jak np. kościołów – to jeden z moich pierwszych lęków.

KK: Czy Twoi rodzice wspierali te zainteresowania?
MB: Tak, miałem wspaniałych rodziców, którzy wspierali mnie we wszystkim! Pamiętam, jak w wieku 14 lat poszedłem z mamą do kina na „Zombie Flesh Eaters”, który miał niską kategorię wiekową we Włoszech – Włosi byli wtedy bardziej pobłażliwi. Dziś jest zupełnie inaczej, wielu filmów nie można zobaczyć we włoskiej telewizji z powodu kłopotów z cenzurą. W USA możesz zobaczyć wszystko, czego dusza zapragnie, we Włoszech podejście jest dużo bardziej purytańskie.

KK: Opowiedz może teraz o swojej krótkometrażówce pt. „Caruncula” – skąd przyszedł pomysł i jak długo trwało jej nakręcenie?
MB: Pomysł wziął się z jednego z moich szkolnych dzienników, w których wpisywałem sobie zadania do wykonania na następną lekcję. I wśród różnych notek i rysunków znalazłem takie oto zadanie: „Stwórz film, w którym osoba wyglądająca jak ofiara okazuje się sprawcą”. I tak przy okazji „Carunculi” przyszedł mi do głowy ten twist. Stworzyłem niewinną postać, wręcz horrorową kliszę ofiary, która nagle zmienia się o 180 stopni. Spodobał mi się także pomysł potwora jako bohatera pozytywnego – w „Carunculi” wszyscy ludzie są okrutni i nędzni, jedynym niewinnym jest właśnie potwór. Reszta przyszła z przypadku – jako ze pracowałem wtedy w kinie, udało mi się wynająć je po zamknięciu – kręciliśmy całą noc aż do poranka. Do dyspozycji miałem trzy lokacje – wnętrze kina, korytarz i piwnicę. Zbudowałem więc całą historię wokół tych miejsc.

 

screen_shot_2010-01-15_at_6_38_13_pm

KK: “Dark Waters” wydaje się nawiązywać do dualizmu ludzkich charakterów poprzez wprowadzenie dwóch sióstr (jednej dobrej, drugiej złej). W finale dobro zwycięża, jednak za pewną cenę. Czy taką filozofią kierujesz się w codziennym życiu?
MB: Myślę, że “Dark Waters” jest jednak dużo bardziej wieloznaczny; dualizm występuje w obrębie jednej osoby – Elizabeth wcale nie jest dobra – nie może zaakceptować tego, iż jest potworem. Jej siostra czuje się w swoim ciele komfortowo – jest potworem i nie ukrywa tego, wręcz jest z tego dumna; jedyne czego pragnie to powrotu matki – potwora. Elizabeth zaś czuje, że dzieje się z nią coś nie tak, chce opanować swoją złą stronę. Cała historia jest więc odkrywaniem rzeczywistości – “Mój Boże, więc taka jest moja matka i cała rodzina”. Coś na kształt filmów, gdzie bohater wraca do domu na święta i przy wspólnej kolacji okazuje się, iż jego rodzina ma mroczne sekrety: „Mój ojciec jest alkoholikiem, matka heroinistką, co ja biedny z tym pocznę?” Mnie jednak nie interesuje ten rodzaj obyczajowości, moja wersja jest nieco inna. Coralina (Cataldi – Tassoni) zwróciła mi ostatnio uwagę, że film jest o mojej podróży do Neapolu, miasta w którym się urodziłem, skąd jednak wyjechałem. I dopiero Coralina uświadomiła mi, że ten film jest o mojej podróży do miasta narodzin; mimo iż nie do końca mi się tam podoba, jest ono częścią mnie, miejscem od którego nie ucieknę. Mogę żyć w Londynie przez dwadzieścia lat, ale od Neapolu i tak nie ucieknę; film jest właśnie o tym – o powrocie do własnych korzeni i niemocy ucieczki od przeszłości. W finale “Dark Waters” Elizabeth jest dalej bezsilna, ponieważ zostaje oślepiona. Zatrzymuje część amuletu, a widz nie wie, czy po to, by nie złączył się z drugą połówką w całość, czy tylko dla jej chęci kontroli. W każdej chwili może złożyć go w całość i zaakceptować swą prawdziwą naturę.

KK: Czy wraz z sukcesem “Dark Waters” na wielu festiwalach przyszły oferty filmowe?
MB: Chciałem jak najlepiej sprzedać film, gdyż czułem się za niego odpowiedzialny wobec wielu ludzi, którzy zainwestowali w niego. Zamiast więc szukać kolejnego projektu, chciałem jak najlepiej zakończyć przygodę z „Dark Waters”. To tego typu obraz, który dobrze sobie radzi na festiwalach, choć wielu widzów nie radziło sobie z przypisaniem go do gatunku horroru, umiejscawiając go jako kino artystyczne. Następny mój projekt, „Ritual” nie doszedł do skutku, byłem blisko, jednak nie trafiłem w dobry czas, mimo iż wielu ludziom podobał się mój scenariusz. Zacząłem więc pisać kolejne scenariusze dla innych, co pozwalało mi na opłacenie rachunków. Z początku było to dla mnie frustrujące, jednak z czasem stawałem się coraz lepszym scenarzystą. W tej pracy jest wiele rzeczy, które nie do końca są zrozumiałe – piszesz scenariusz, płacą ci za to, a jednak filmu nie udaje się nakręcić – możesz więc być scenarzystą, jednak nikt o tym nie wie! W pewnym momencie pisania pomyślałem sobie – skoro już nieźle mi z tym idzie, stałem się lepszym scenarzystą, więc może czas na zrobienie czegoś swojego, czegoś nad czym będę miał kontrolę od początku do końca. W ten sposób powróciłem do krótkich metraży. Kolejnym błędem było myślenie, że skoro zrobiłem już duży film, powrót do krótkich metraży jest krokiem w tył. To duży błąd! Ważne jest robienie czegokolwiek, nieważne jak dużego.

 

screen_shot_2010-01-17_at_2_12_16_pm

KK: Przy „Dark Waters” pracowałeś nie tylko jako reżyser – które elementy procesu powstawania filmu były dla Ciebie najciekawsze?
MB: Jest takie stare powiedzenie, że scenariusz pisze się trzy razy: pisząc go, kręcąc i na końcu montując sceny. Także dla mnie niemożliwość bycia we wszystkich trzech etapach powstawania obrazu jest co najmniej dziwna. Nigdy nie rozumiałem na przykład jak ktoś może kolorować pracę rysownika przy komiksie. Ja muszę być obecny na każdym etapie produkcji. Największą radochę sprawiało mi po prostu bycie na planie filmowym, praca z ludźmi, cała szalona atmosfera wokół, powstawanie krok po kroku kolejnych etapów. Oczywiście także edycja daje mi dużo radości, jednak najbardziej lubię reżyserować.

KK: A co jest najgorsze w tej pracy?
MB: Nie ma takich momentów – czasem jedynie doskwiera samotność podczas pisania, tylko ty i twój mózg, co chwila łapiesz się na tym ze rozmawiasz ze sobą. To pułapka; błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie, gdy stajesz się w tym coraz lepszy. Gdy jesteś początkującym scenarzystą to niespecjalnie się tym przejmujesz – po prostu piszesz; ale im więcej dowiadujesz się o sztuce pisania, zapytujesz sam siebie: „Czy to jest wystarczająco dobre?”, tracąc wtedy całą spontaniczność. Czasem marzę po prostu o powrocie do młodych lat, kiedy to wszystko co pisałem, wydawało mi się genialne. Mając więcej doświadczenia, zastanawiając się nad każdym słowem, proces spowalnia, zatrzymuje się. Masz świetny pomysł i ruszasz od razu z tekstem, rozbudowując go. Następnego dnia jednak patrzysz na całość jak na kupę gówna. To jest ta część mojej pracy, której jest ogromnie męcząca, lecz którą staram się na swój sposób obłaskawiać. 

KK: W jednym z wywiadów powiedziałeś, że ludzie często biorą się za bary z horrorem, z przekonaniem że to bułka z masłem. Czy takie podejście nadal istnieje?
MB: Oczywiście, bez dwóch zdań. Często horrory trafiają do ludzi kręcących do tej pory teledyski jako ich pierwszy film; nie daje im się np. dramatów, licząc, że z horrorem poradzą sobie dużo łatwiej. W horrorze bardzo łatwo zauważyć to, co na wierzchu – wielu ludzi widzi tylko mechanizm ich funkcjonowania i myślą, że łatwo im będzie go odtworzyć. To niestety tak  prosto nie działa, 99% horrorów to bzdurne historie, stworzone przez ludzi, którym na nich nie zależy. Reżyserów kręcących dramaty obchodzą ich filmy; to samo można powiedzieć nawet o twórcach komedii. Zaś autorzy horrorów najczęściej traktują je jako krok w innym kierunku; chcą nakręcić coś innego, „prawdziwe” kino, zaś horror jest dla nich prostą przepustką do zarobienia pieniędzy.

 

screen_shot_2010-01-15_at_6_46_52_pm

KK: Rozumiem Twoje podejście, tym bardziej, że również uważam iż większość filmowców rozpoczynających karierę horrorem traktuje je jako przygrywkę do stworzenia „prawdziwych filmów”.
MB: Niestety, to błędne koło. Fani sami karmią filmową maszynerię poprzez wspieranie określonych gatunków. Gdy próbujesz przekonać ich do swoich pomysłów, słyszysz zewsząd: „Ludzie chcą czegoś w stylu <Hostelu>, zróbmy kolejny <Hostel>”. I zaczynasz wtedy myśleć, dlaczego tak naprawdę chcesz kręcić horrory, skoro dla większości ludzi ten gatunek to pięciu idiotów z nożem w lesie. Starasz się wtedy wyjaśnić swoją wizję horroru i zaczynać wszystko od nowa.

KK: Powiedz nam teraz co nieco o wydaniu „Dark Waters” na DVD przez NoShame Films.
MB: Od początku NoShame wzięli to na swoje barki. Ich szef, Miguel DeAngelis jest wielkim fanem tego filmu, od momentu zobaczenia go w Rzymie na Fanta-Festival w 1994 roku. Gdy założył NoShame, był to dla niego priorytet; czekał jednak długo na remastering taśmy i w końcu, po wielu latach udało mu się doprowadzić całość do szczęśliwego zakończenia. Od początku rozmawialiśmy o dwupłytowym wydaniu; był to jeden z tych projektów, których byłem bardzo blisko i wydawcom udało się wyciągnąć ode mnie wiele rzeczy: ujęcia zza kulis, wywiady, storyboardy i inne ciekawostki. Myślę, że wykonali kawał dobrej pracy.

KK: Skąd pomysł na reprodukcję amuletu, dołączanego do wydań?
MB: Z początku rzuciłem pomysł, aby cały box był w formie amuletu – coś jak wydanie „Evil Dead” przez Anchor Bay w postaci Necronomiconu. Problem był jednak taki, że okrągłe pudełko niezbyt dobrze prezentować się będzie na półkach sklepowych. Zrobiliśmy więc model amuletu; na początku myślałem, że będzie to plastik, jednak gdy zobaczyłem prawdziwy kamień, oniemiałem.

KK: Czy nadal masz oryginalny amulet użyty w filmie?
MB: Tak, użyliśmy go do wykonania modelu na potrzeby wydania DVD. Zrobiłem zdjęcia oryginału i posłałem je ludziom odpowiedzialnym za jego wykonanie. Mam w posiadaniu jeszcze jeden, większy model, który chcieliśmy również użyć w filmie, do czego jednak nie doszło. Chciałem nakręcić scenę, w której krew płynie prosto z ust Elizabeth do amuletu, łącząc się w całość. Nie udało nam się jednak tej sceny nakręcić z powodu braku odpowiedniego sprzętu. 

 

screen_shot_2010-01-15_at_6_31_24_pm

KK: Czy to ty zaprojektowałeś amulet?
MB: Tak, oryginalne szkice są dostępne w wydaniu DVD – zostały później nieco zmodyfikowane, aby lepiej prezentowały się w rzeczywistości. 

KK: Dlaczego na potrzeby owego wydania zdecydowałeś się przyciąć oryginalną ścieżkę? 
MB: Cóż, nikt nie jest doskonały, „Dark Waters” oglądany po premierze nieco mnie męczył; po latach zmontowałem więc jego inną wersję, którą zacząłem pokazywać na świecie, a która trafiła później na wydanie DVD. Pomogło mi nastanie ery komputerów, montaż stał się dużo wygodniejszy.

KK: Cy nadal pracujesz nad projektem o nazwie „Ritual”?
MB: Tak, w 2005 roku byłem blisko rozpoczęcia go wraz z NoShame; na początku sam chciałem kupić prawa do książki, jednak dokonaliśmy tego wspólnie z wytwórnią. Niestety, projekt znowu utknął w martwej strefie, zaś ja zacząłem robić coś innego. Dalej jednak chcę zrobić ten film. 

KK: Który z reżyserów ma na Ciebie wpływ??
MB: Jestem wielkim fanem Guillermo del Toro. „Kręgosłup Diabła” to jeden z moich ulubionych filmów, podobnie jak „Labirynt Fauna”. Także „Sierociniec” jest w gronie moich ulubionych. Oprócz tego francuskie „Inside”, szwedzkie „Let the Right One In”… Na nowo także odnajduje włoskie filmy – jak choćby obrazy Giuseppe Tornatore, czy mało znanego Gabriele Muccino, który nakręcił amerykański film z Willem Smithem, „W pogoni za szczęściem”, jeden z moich ulubionych. To także świetny reżyser. Na świecie jest masa świetnych reżyserów, problem jest tylko taki, że żeby znaleźć diament, trzeba przebrnąć przez masę chłamu, który jest produkowany obecnie na potęgę. Jeśli jednak zaczniesz zgłębiać filmy powstałe od lat 60-tych, znajdziesz go równie wiele; dziś jest po prostu bardziej widoczny.

Rozmawiał Jon Kitley

Opracowanie i tłumaczenie wywiadu: haku

Źródło zdjęć: http://albums.photoonweb.com/m/mariano/DARK_WATERS/