logo
fulci-cameo

„Nie chciałem być reżyserem, pragnąłem być scenarzystą” – ostatni wywiad z Lucio Fulcim.

Wywiad oryginalnie ukazał się w 24 numerze czasopisma „Draculina”. Przeprowadził go Massimo F.Lavagnini.

MASSIMO: Opowiedz o swoim pierwszym filmie.
LUCIO FULCI: Byli to „I Ladri” („The Thieves”) producenci nie dawali nam złamanego grosza, ale chcieli mieć Toto w głównej roli. Film był mieszanką gatunkową, skończyło się na klapie.

ML: Jak to się stało, że zostałeś reżyserem?
LF: Nie chciałem być reżyserem, pragnąłem być tylko scenarzystą. Kilka lat wcześniej odmówiłem reżyserii „Toto All inferno” („Toto Goes to Hell”), gdyż nie chciałem robić z nim filmów. Gdy kilka lat później ożeniłem się, potrzebowałem pieniędzy. Mogę więc powiedzieć, że stałem się reżyserem z powodów materialnych. Zacząłem pracę, mając duże doświadczenie, dzięki dziesięciu latom spędzonym u boku Steno. Drugim moim obrazem był musical „Ragazzi del Jukebox” („The Jukebox Kids”), który był dużym sukcesem.  

ML: Wiemy też, że nakręciłeś sporo komedii z duetem Franco & Ciccio.
LF: Tak, pierwszym wspólnym filmem był „I Due Della Legione Straniera”, powstały w przededniu ich wielkiej sławy. To ja zmieniłem ich w wielkie gwiazdy.  Obraz ten był tanią produkcją studia Titanus, które trwało wtedy w głębokim kryzysie i nikt nie przewidywał, że stanie się tak wielkim hitem, do tego stopnia, że wszedł do kin bez oznaczenia studia! Dopiero później, po pierwszych sukcesach zaczęli go promować hasłem: „Titanus prezentuje z dumą dwóch wielkich komików: Franco i Ciccio”. Pamiętam, że nawet Modugno (ten od „Volare”) był zazdrosny o ich sukces! Czasami myślę sobie, że będę pamiętany dzięki tym filmom, czy za „Un Americano a Roma” … Wraz z Franco Franchim zrobiliśmy też wtedy telewizyjne show dla Rai 2 pt. „Un Uomo Da Ridere” z Glorią Paul, Silvio Spaccesim i Mario Merolą.

ML: Czy trudno jest sprawić, żeby ludzie się śmiali?
LF: (z powagą) Dużo trudniej niż przestraszyć.

ML: Po przygodzie z komediami rozpocząłeś kręcenie thrillerów. Jednym z pierwszych był „A Lizard in a Woman’s Skin”.
LF: Miałem z tym filmem wielkie problemy, cenzura nie dawała mi spokoju przez scenę z rozszarpanymi psami, które były oczywiście sztuczne, wykonał je Carlo Rambaldi, wielki twórca efektów specjalnych.  Mimo swojego mistrzostwa, nie udało mu się dobrze wykonać nietoperzy, musiałem je później poprawiać. Przy pracy z efektami specjalnymi trzeba wiedzieć w jaki sposób ich użyć, to zwykle kwestia techniczna. Taki Zemeckis na przykład znakomicie wie, jak się nimi posługiwać, szkoda jedynie, że jego „Forrest Gump” to zrzynka z „Zeliga”. Nie jest wart Oscara.

ML: Porozmawiajmy o „Seven Black Notes”. Kto stał za pomysłem scenariusza?                                        

LF: To pomysł mój oraz Roberta Gianviti. Sacchetti wymyślił zaś znakomite zakończenie, to z dźwiękami pozytywki. Pamiętam, że mieliśmy duże problemy z tym scenariuszem, który nie podobał się producentom.  Bracia de Laurentis chcieli go zmienić w coś w rodzaju kina szpiegowskiego (śmiech). Podpisałem wtedy umowę z Fulvio Frizzim, dyrektorem handlowym w Rizzoli, który wziął na siebie obowiązki producenta. Niestety, obraz był dużą klapą, bo jakiś geniusz z Rizzoli wpadł na pomysł, żeby wypuścić film do kin latem, kiedy to we włoskich kinach jest martwy sezon. Bardzo lubię ten obraz, choć moim ulubionym thrillerem pozostaje „Don’t Torture the Duckling”.

ML: Nakręciłeś kilka wspaniałych spaghetti westernów. Czy lubisz ten gatunek?
LF: Kocham. Zrobiłem cztery spaghetti westerny, moim ulubionym pozostaje „Four of the Apocalypse”, również produkowany przez Rizzoli. Klasyk.

ML: Pamiętasz jakieś anegdoty z pracy nad „Zombi 2″?
LF: Film miał trzech producentów, mało znanych, ale uczciwych, nie skąpili grosza. Giannetto mógł robić takie efekty specjalne, jakie sobie wymyślił.

ML: Twoje najlepsze lata to chyba czas słynnej trylogii, zapoczątkowanej „City of the Living Dead”
LF: (rozgniewany) Mam już dość opowiadania o czasach trylogii. Myślę, że mój złoty okres miał miejsce we wczesnych latach 70-tych, kiedy to powstały „Perversion Story”, czy „Don’t Torture the Duckling”. Ale oczywiście nie mogę się nie zgodzić, że na początku lat 80-tych zyskałem duże uznanie. Co warte zaznaczenia, do moich filmów wybierałem aktorów, a nie gwiazdy, których nienawidzę. Do roli w „The Beyond” ściągnąłem Davida Warbecka, który wyglądał wtedy jak Jack Nicholson. Warbeck czy Paolo Malco, nie robiło mi to różnicy. To nie są tak wielcy aktorzy jak Peter Lorre, ale sprawdzali się dobrze w horrorach.

 

43b-the-beyond_0023cc-1200x824

Lucio Fulci z współpracownikami na planie „The Beyond”.

 

ML: Co sądzisz o „New York Ripper”?
LF: Dobra rzecz, finansowy sukces, nakręcony w całości w Nowym Jorku. Było dużo zabawy przy kręceniu sceny z przebijaniem oka dziewczyny ostrzem; ten znakomity efekt wykonałem z Franco di  Girolamo, z którym później spotkałem się na planie „Zombi 3″.

ML: To bardzo słaby film!
LF: Widzisz, to jedyny spośród filmów podpisanych przeze mnie, do którego się nie przyznaję. Tak naprawdę nie jest mój. Potworna głupotka, stworzona przez grupkę idiotów: Claudio Fragasso – urodzony kretyn, Bruno Mattei – zanim stał się „reżyserem”, był malarzem pokojowym oraz Mimmo Scavia – kierownik produkcji, który zaraz po przylocie na Filipiny myślał tylko o ruchaniu tamtejszych dziewcząt. Odmówiłem dokończenia prac przy tym filmie, wracając do Rzymu. W ukończonym filmie jest tylko 50 minut mojego autorstwa, m.in. z tego powodu, że Fragasso notorycznie zmieniał mój scenariusz. Jedyna scena z której jestem dumny, to ta z „gryzącą czaszką”.

ML: To może coś teraz o Twojej przygodzie z fantasy, czyli „Conquest”?
LF: „Conquest” to obraz, który producenci chcieli zrobić za wszelką cenę, gdyż w obsadzie był Jorge Rivero, jeden z najważniejszych meksykańskich aktorów. Poproszono mnie o zrobienie filmu dziejącego się w czasach prehistorycznych.  Chciałem stworzyć historię o przyjaźni między postaciami granymi przez Rivero i Occhipintiego, a nie kolejną rzecz o dinozaurach. Kręciłem wszystkie sceny z tylnym oświetleniem, we mgle, przy pomocy świetnego hiszpańskiego operatora, Alexandro Ulloa. Cóż, obraz był klapą we Włoszech, ale w Meksyku ludzie stali w kolejkach po bilety! Tak popularny był tam Jorge Rivero.

ML: Wkrótce po nim, nakręciłeś „The New Gladiators”.
LF: Tak, z bardzo ciekawym pomysłem autorstwa Sacchettiego, dotyczącym wszechobecnej telewizji, śledzącej nas coraz  bardziej. Telewizja torturuje nas dopóty, dopóki nie staniemy się jej bohaterami. To główny motyw „The New Gladiators”. Świetny pomysł na alarmujący film, ale nie jestem z niego zadowolony. Chciałem pokazać Rzym w przyszłości, gdzie starożytne posągi byłyby okryte plastikowymi kopułami. Jednak producent Amati nakazał mi powciskać wszędzie wieżowce. Absurdalny pomysł. Może i był świetnym producentem, ale smaku nie miał za grosz…

ML: Skąd pomysł na mieszankę giallo i musicalu przy okazji „Murderock”?
LF: Zacząłem od postaci kobiety, która wynajmuje mordercę w akcie zemsty na osobie, która ją skrzywdziła. Wtedy przyszedł do mnie producent, który chciał, żebym przekształcił powstający film w musical, na fali wielkiego sukcesu „Flashdance”… Narzucono mi ścieżkę dźwiękową Keitha Emersona, z której nie byłem w ogóle zadowolony.

ML: W 1986 nakręciłeś swój pierwszy erotyczny obraz, „Devil’s Honey”
LF: Podobał mi się scenariusz, napisany przez kobietę (Ludovica Marineo – przyp. haku). Potem odkryłem, że był to pomysł podkradziony z filmu dla innej wytwórni. Spodobał mi się pomysł sado – masochistycznej relacji, nie kierującej się jednak w stronę kina porno. Pod koniec obrazu widać pistolet w rogu pokoju – dla mnie związki tego typu zawsze skończą we krwi, nie ma dla nich przyszłości. „Devil’s Honey” to film do wielokrotnego oglądania.  

ML: A co powiesz o „A Cat in the Brain”?
LF: To mój najbardziej rozrywkowy obraz z lat 90-tych. Widzę, że ostatnio pan Craven skopiował sobie mój pomysł, do swojego nowego filmu, „New Nightmare”.

 

cat-in-the-brain

 

ML: Skąd pomysł na wplecenie w obraz scen z filmów innych reżyserów?  (Oprócz scen z filmów Fulciego, można wypatrzeć w nim także kadry z „Massacre” Andrea Bianchiego, „Blood Moon” Enzo Milioniego, „Bloody Psycho” Leandro Lucchettiego i „Don’t be Afraid Aunt Martha Wouldn’t Hurt You” Mario Montero)
LF: To obrazy, które powstały w ramach nadzorowanej przeze mnie serii „Lucio Fulci Presents”. A także sceny z mojego okropnego filmu „Sodoma’s Ghost” oraz małego klejnociku, „Touch of Death”, który ma zakończenie w stylu opowieści Poego…

ML: A „Demonia”?
LF: Wspaniały obraz, zniszczony przez bardzo złe zdjęcia. I tyle. Zaraz po „Demonii” nakręciłem dwa udane filmy telewizyjne, „House of Clocks” oraz „The Sweet House of Horrors”, wyprodukowane przez ReteItalia,a le nigdy nie nadane w TV, z powodu porażki pierwszej serii, wyreżyserowanej przez Lamberto Bavę. „House of Clocks” uważam za świetną rzecz, zaś drugi obraz ma świetny fabularny pomysł: duchy rodziców zostają zmuszone do pozostawania w domu, gdyż tak chcą ich dzieci. Ale sam film jest zły.

ML: Czytałem, że jesteś dumny z „Voices from the Deep”?
LF: Kocham ten obraz. „Voices from the Deep” to adaptacja jednego z moich opowiadań. Wspaniały film ze złą obsadą. Karina Huff wygląda antypatycznie, Del Prete jest całkowicie poza rolą, zaś postać teściowej jest tak zagrana, że po kilku minutach dowiadujesz się jak to wszystko się skończy.

ML: Jeżeli chodzi o kolejny, „Door to Silence”, słyszałem, że był ponownie edytowany przez Joe D’Amato?
LF: (rozgniewany) Głupie gadanie! D’Amato nie miał prawa głosu, jako że nawet nie rozliczył się ze mną za ten film. Zmienił jedynie ścieżkę muzyczną, popełniając duży błąd, gdyż poprzednia była doskonała. Niedawno byłem na festiwalu w Londynie, gdzie pokazano go z oryginalnym soundtrackiem i odniósł sukces. To nadzwyczajny obraz.

ML: Być może, ale nie miał komercyjnego potencjału.
LF: Nie obchodziło mnie to. Prosiłem Aristide o nie zmienianie gotowego obrazu, ale nalegał. Jest nakręcony w czasie rzeczywistym, w ciągu 90 minut. Chciałem użyć w obrazie stopera w celu pokazania upływu czasu, ale Aristide nie zgodził się na to.

ML: Czy nie byłeś wkurzony z powodu głupawego pseudonimu umieszczonego na plakacie?
LF: Pozwól, że wytłumaczę, jak do tego doszło – to pomysł kobiety o śmierdzącym oddechu, podłej istoty o nazwisku Lucaroni. Powiedziała Aristide, że Fulci już nie jest modny, nazwijmy go więc Simon Kittay. Wszyscy mnie o to pytali, nawet Japończycy. Na szczęście nie pracuje już ona dla Massaccesiego.

ML: Zdradź nam jakieś szczegóły z prac nad Twoim nowym projektem o tytule „Wax Mask”. Podobno produkuje go Dario Argento.
LF: Produkuje go Giuseppe Palombo, współpracownik Argento. Zdjęcia rozpoczniemy we wrześniu. Co do samej historii, jest kalką „House of Wax”, który nas zainspirował. Historia dziać się będzie w 1915 roku w Turynie. Główny bohater to sfrustrowany artysta, który mordując ludzi staje się potworem, głównie z powodu niedopasowania społecznego. 

ML: Czy wraz z tym obrazem chcesz powrócić do gatunku splatter?
LF: Mamy 7-8 bardzo krwawych scen. Ten, kogo nie przestraszą, może popełnić samobójstwo!

ML: Ostatnie pytanie. Opowiedz nam o swej nowej książce, która wkrótce ukaże się we Włoszech.
LF: Skończyłem właśnie pisać moją drugą książkę, pt. „Miei Mostri Adorati” („My Lovely Monsters”), w której jest kilka opowiadań oraz wiele anegdot dotyczących kina. Przygotowuję też powieść pt. „Caccia Agli Angeli Cadut” („Hunt of the Fallen Angels”).

 

lucio-fulci-wizjoner-estetyki-gore

 

 Tłumaczenie i opracowanie wywiadu: haku