logo
blooddeli27

„Delirio di Sangue” a.k.a. „Blood Delirium” reż. Sergio Bergonzelli, 1988

Kończą się lata 80-te a wraz z nimi to wspaniałe igrzysko, które w ciągu 30 lat wyniosło poziom sztuki straszenia do gwiazd: włoskie kino grozy. Ogólna zapaść przemysłu filmowego we Włoszech, wzrost kosztów produkcji i amerykańska konkurencja okażą się nie do sforsowania. W następnej dekadzie z gwardii rębajłów italo – horroru ostanie się już tylko paru „przerażaczy wyklętych”, tocząc samotny bój w okrążeniu. Zaś ten ostatni, gremialny szturm, Włosi przypuszczą jeszcze u schyłku 80-tych. Będzie to pokaz stalowej, kinematograficznej krzepy. Dario Argento w „Operze” uformuje nowe oblicze sadyzmu i da się opętać steadycamowi, Michele Soavi („Deliria”, „La Chiesa”) udowodni, że dawne formuły wciąż pozostają kopalnią możliwości, płodny podówczas Lamberto Bava zaserwuje giallo z seventisowym „wyższym wykształceniem” („Le Foto di Gioia”), a Lucio Fulci odzegaryzuje czas w telewizyjnym „House of Clocks”.

Ale to generalicja, a bohaterem recenzji będzie prosty sierżant. Sergio Bergonzelli to prawdziwy Dr Jekyll i Mr Hyde włoskiego kina eksploatacji. Spaghetti westerny, pornosy i filmy płaszcza i szpady kręcił po bożemu („Nowa Misja Korsarza” z 1966 r. przepłynęła przed wiekami przez polskie kina), ale gdy tylko zbliżał się do czegokolwiek, co pachnie horrorem, w mig wyłaził z niego niewyobrażalny, trashowy ekscentryk (czy bardziej z polska, mimośród). Jego pierwsze z dwóch podejść do grozy – giallo „In the Folds of the Flesh” (1970) – sprawia wrażenie nakręconego gumową kamerą w atelier bez klamek. Dostajemy np. scenę, w której Fernando Sancho z afro na głowie (sic) będzie zagazowany w kąpieli przez kobietę po przejściach w Auschwitz Birkenau, a tabletki cyjanowodoru zostają wystrzelone do wanny przy pomocy automatycznych drzwiczek zegara z kukułką. Cały ten spektakl o tajemniczo wyrzynanej rodzinie dewiantów przypomina bezwiedną parodię witkacowskiego teatru Czystej Formy, zaś liczne tu drewniano-politurowane dekapitacje wyglądają, jak mokry sen Eda, nomen omen, Wooda.

Z takim oto rynsztunkiem wyobraźni mimośród Bergonzelli wróci po latach na łono horroru, by wesprzeć kolegów w ostatniej szarży na widza. W zrealizowanym wg własnego scenariusza „Delirio di Sangue”, osadzoną we współczesności historię nasączył Bergonzelli motywami z twardego kanonu literatury gotyckiej i czarnego romantyzmu z bezpośrednimi odwołaniami do „Ligei”, „Berenice”, czy wręcz „Kruka” Edgara Allana Poe, doprawionymi modernistycznym toposem „artysty przeklętego” (i drobną kradzieżą z Herschella Gordona Lewisa). Mamy więc zawiesiście gotycką atmosferę i miłość zza grobu sublimującą w obłęd, nie bez dyżurnych, tragicznych konsekwencji – całkiem klasyczny zestaw. Od razu uspokajam: reżyser nic a nic przez te 18 lat nie spoważniał, zaś jego ciemna strona dekla ma się w tym wypadku dobrze, jak nigdy dotąd .

 

2ce289d

 

Pianistka Sibille (Brigitte Christensen) wróciwszy do domu zrzuca żakiet i półnaga nakrywa do stołu, jako że luby ma się za chwilę pojawić. Wtem włącza się sekretarka z nagraniem tajemniczej kobiety, która jak twierdzi, właśnie zmarła. Informuje też przerażoną Sybille, że od tej chwili jest nią. W tym samym czasie umiera Christine (też pianistka), żona malarza Saint Simona (John Philip Law). Artysta, który całą  egzystencję podporządkował sztuce (i maniakalnie utożsamia się z Van Goghiem), traci sens życia. Christine była  jego jedyną miłością i muzą, a na domiar złego wraz z jej śmiercią znika też wena twórcza. Mijają dni. Saint Simon zamieszkujący rodowe, średniowieczne zamczysko, cierpi coraz bardziej i zaczyna malować upiory. Trwa przy nim tylko wierny sługa Herman (Gordon Mitchell) któremu malarz nakazał zwracać się do siebie per „Vincent”. Wszelkie próby stworzenia czegoś, co nie tchnie piekłem i zgnilizną, kończą się łamaniem blejtramów. Depresja stopniowo nabiera cech obłąkania, gdy rozdygotany malarz grzmi, że utracił zdolność czucia kolorów i tylko obecność Christine może mu to przywrócić.

Wykopanie z mogiły tego, co pozostało z Christine i umieszczenie w pracowni (szkielet w sukni usadowiony przy fortepianie, maska na twarzy, peruka i jeszcze na to wianek) nie daje rezultatu. Zezwłok zaczyna żyć własnym życiem, maska tajemniczo odpada, trupia czaszka emituje widziadła szczerzącej się ohydnym grymasem Christine, a Saint Simonowi dalej wychodzi breja, nie kolor. I wtedy przetną się drogi malarza i Sibille. Pianistka pojawi się bowiem na wernisażu Saint Simona, gdyż wcześniej jesienny wiatr gwałtownie otworzy u niej okno i wraz z chmarą liści do pokoju wleci karta zaproszenia. Na licznych portretach Christine, Sibille rozpozna siebie, a oszołomiony istnieniem sobowtóra żony malarz złoży jej gorące zaproszenie do swego chateau. Ujęta do żywego historią miłości idealnej eleganckiego i przystojnego artysty, Sybille nie odmówi. Przyjdzie jej gorzko pożałować tej decyzji.

 

blooddeli28

 

To tak tylko z pozoru ładnie i romantycznie wygląda. Nie zapominajmy, że 1988 to nie połowa 60-tych, a Bergonzelli, to nie Corman. Toteż naładował on tutaj do oporu swoich sowizdrzalskich patentów, sprowadzając rzecz do poziomu czystego kina eksploatacji. Pierwszy strzał dostajemy już na początku, gdy martwa Christine spoczywa na katafalku a wokół panuje nastrój tragicznej powagi. Wtedy dostojny famulus Herman wykorzystując nieobecność zrozpaczonego wdowca, ładuje się na mary i zaczyna gwałcić zwłoki (bo cały czas skrycie kochał się w Christine) wydając przy tym zwierzęcy pomruk. Żywymi też nie gardzi, wkrótce w biały dzień i na oczach Sibille rzuci się na wiejską pannę podlewająca kwiatki, zdzierając jej bluzkę i rycząc. W nocy dorwie ją po raz drugi, zaciągnie do stodoły i będzie gwałcił na oczach bydła. Gdy w trakcie niechcący zarżnie ją jej własnym nożem (i dokończy na trupie) Saint Simon każe mu spuścić z ciała całą krew. Albowiem tu kryje się eliksir pozwalający mu uzyskać żywe kolory. Oczywiście będzie potrzebował tego więcej. Sibille odkrywszy warsztat Hermana, gdzie ćwiartuje zwłoki (i karmi wnętrznościami dobermana) padnie złożona gorączką. Komu wtedy zajęty malowaniem Saint Simon powierzy rolę pielęgniarza? Oczywiście Hermanowi! Ten wstrzyknie jej środek nasenny przynoszący wizje pełne robactwa, odciętych głów i płazów i będzie chędożył do upadłego. Wcielający się w tę postać Gordon Mitchell (zwalisty budrys o granitowym, chłopskim obliczu, znany z licznych peplum i spaghetti westernów) zasila niniejszym poczet najgorszych obwiesiów jakich wydało kino eksploatacji. Pochwalić należałoby też Johna Philipa Law („Barbarella”, „Death Rides a Horse”), aktora kojarzonego ze skrajnym minimalizmem środków, który gra tutaj zaskakująco nadekspresyjnie, małpując chwilami Franka Nero, którego zresztą fizycznie przypomina. W drugoplanowej, częściowo nagiej roli, pojawi się także gwiazda porno Olinka Hardiman (imitatorka Marilyn Monroe w filmach XXX). Dość wartko przez cały czas prowadzona akcja pod koniec dodatkowo nabiera tempa. Nie ominie nas jeszcze parę kuriozów, np. za scenę walki wręcz narzeczonego Sibille z Hermanem, Bergonzelli powinien z pocałowaniem ręki dostać robotę przy tureckim trashu. Z miłości i żalu Saint Simona nie zostanie nic; skończy jako szaleniec z pędzlem i słoikiem krwi w dłoni. W odpowiednio przegiętym, delirycznym finale nastąpi reafirmacja typowo gotyckiego arsenału trwogi.

 

blooddeli30

 Tak oto Bergonzelli wykopał dostojnego trupa klasycznego horroru gotyckiego, wyruchał go niczym Herman i zostawił z grindhouse’owym brzuchem. Osobiście nie sądzę, żeby ktoś miał się z tego powodu w grobie przewracać. Raczej widzę w tym uchwycenie pewnej prawdy. Nigdy nie zapomnę sceny z „Gotyku” Kena Russella, gdzie lord Byron (Gabriel Byrne) i Percy Shelley (Julian Sands) rozmawiają o powieściach gotyckich z fanbojską emfazą, zupełnie jak podjarani maniacy B klasowych horrorów. Najwięksi poeci Romantyzmu ekscytują się turpistycznymi i chorobliwymi motywami z literatury na ten czas drugorzędnej, a ich absolutnym faworytem jest „Mnich” Matthew Gregory Lewisa! Powieść uznana wówczas za wynaturzenie i szczyt złego smaku. I ja tu nie widzę różnicy, M.G. Lewis brutalizował konwencję na miarę końca XVIII wieku, a Bergonzelli – swoich czasów. Jego film okazał się eksploatacyjnym requiem dla gotyckiego horroru w wydaniu niskobudżetowym. Od tej pory gotyk powraca co jakiś czas głównie w formie blockbusterów (od Coppoli po Del Toro). „Delirio di Sangue” jest filmem nie najgorzej jak na tę kategorię wyreżyserowanym, z dobrym rytmem i naprawdę zboczoną aurą (nieco w stylu „Buio Omega” choć bez tej ilości gore), aktorsko bardzo poprawnym. Budżet był tu mikroskopijny, ale umiejętnie i stylowo ograno dostępne lokalizacje. Film przez bardzo długi czas pozostawał pozycją niemal nieosiągalną. Do tej pory nie doczekał się nawet edycji na płycie DVD. Istnieje  tylko greckie wydanie VHS , stąd marna jakość zdjęć. Na powierzchnię wydostał się w zasadzie dzięki internetowi.

Daj więc mu szansę, najlepiej nocą. A potem zapadnij w siebie i udręcz swoje serce, bo na pewno masz czym. A wcześniej nasyp trochę ziarna pod popiersiem Ateny Pallas, zostaw uchylone okno i czekaj. Może przyleci…

Simply