logo
WhiteLightnin

White Lightnin’ (2009), reż. Dominic Murphy

 
large
 
Warto na wstępie zaznaczyć, że ten film, będący jednym z najbardziej sugestywnych w historii kina portretów rustykalnej, apallachijskiej społeczności, jest fabularnym debiutem Anglika zajmującego się na co dzień produkcją klipów reklamowych (a wcześniej autora dokumentów o Alejandro Jodorowskym i historii kina grozy), nakręconym w większości w Chorwacji; Globalna Wiocha Pictures release.
 
To nie jest kino dla wydelikaconych; tak dbający o komfort psychiczny piątkowi obciągacze hollywoodzkich, aktualnych premier, powinni trzymać swój popcorn jak najdalej od „White Lightnin’”. Tu nie ma żadnego grania na boisku konwencji, cierpienie i szaleństwo są prawdziwe, powracający koszmar to jedyna jawa, a brudna jak ściera przemoc wybucha i gaśnie z częstotliwością stroboskopu. Tutaj w ciemność ludzką wchodzimy głęboko i bez asekuracji. Głównemu bohaterowi nie tak łatwo jest sekundować, bo nawet on sam nie wie, do czego potrafi się posunąć i to w ułamku sekundy. A co więcej, ma tego świadomość. Polubiłem typa.
 
„White Lightnin’” to filmowa pseudo-biografia obficie podlana sosem kina eksploatacji ze wskazaniem na drug- i hicksploitation. Ten ostatni trend, zapoczątkowany przesławnym „Deliverance” Johna Boormana, uczynił swym bohaterem nader malowniczą postać, jaką jest hillbilly; hardy i – mówiąc eufemistycznie – umiarkowanie cywilizowany góral z Apallachów, gatunek drapieżny, występujący w wyizolowanych, samowystarczalnych społecznościach. Ksenofobiczny, nierzadko kazirodczy redneck o mózgu chlupoczącym w odmętach bimbru, pitego w przemysłowych ilościach przy dźwiękach bluegrass pod nieśmiertelną konfederacką flagą (Stars & Bars). Śmierdzący acetonem sodomita z naładowaną bronią zawsze pod ręką, z którym nie tyle nie warto zadzierać, co – jak naucza kino hicksploitation – w najlepiej pojętym własnym interesie – w ogóle na jego teren nie wchodzić. Prawdziwa sól ziemi. Z reguły w tego typu filmach przyjmowano punkt widzenia pechowych przybyszów z zewnątrz i ofiar zwierzęcej agresji lokalsów, stąd tak paskudną prasę zrobiło im kino. Tym razem dostajemy insiderską perspektywę „białych śmieci” z hrabstwa Boone w Zachodniej Wirginii i mamy szansę pooglądać otaczający świat ich oczami, lecz wcale lepiej to nie wygląda.
 
white-lightnin-ed-hogg22
 
 
Bohater opowieści, Jesco White, to postać prawdziwa, według wszelkich znaków jeszcze wśród żywych. Zwali go Outlaw Dancer. Zasłynął jako wirtuoz opartego na stepowaniu apallachijskiego tańca regionalnego, którego mistrzem był wcześniej jego ojciec. Nakręcono o nim kilka filmów dokumentalnych, pojawił się też w teledysku do „Losera” Becka (nic dodać, nic ująć). Dominic Murphy postanowił jednak nie trzymać się ściśle faktów, lecz, wykorzystując niektóre epizody z przesranego żywota Jesco, opowiedzieć o atawistycznym tasiemcu na dnie białej, amerykańskiej duszy, winie, karze i samounicestwieniu. Niemniej, czas jego dojrzewania potraktowano tu z grubsza zgodnie z prawdą.
 
Jesco zaczął ćpać w wieku 6 lat, a jego ulubionym sztucznym rajem stała się benzyna (gł. w formie paliwa do zapalniczek Zippo), którą inhalował się dzień w dzień, dokonując ostatecznego rozwiązania na swoich szarych komórkach. Większość dzieciństwa i nastoletniej młodości spędził w poprawczaku i w specjalnym więzieniu dla psychicznie chorych, gdzie, katowany przez towarzyszy niedoli, nauczył się sztuki przetrwania. Mamy tu scenę, w której pobity, filigranowy Jesco montuje ze szczoteczki do zębów i żyletki broń odwetu, którą fachowo zrobi befsztyki tatarskie z twarzy swoich trzech rosłych prześladowców. Po długoletniej chemoterapii częściowo wyleczony Jesco (niesamowity Edward Hogg) wraca na stare śmieci i tu zaczyna się jego kariera knajpianego mountain dancera i krótki okres szczęścia. Miłosne spełnienie znajdzie w ramionach Cilli – post balzacowskiej, zamężnej milf, która uwielbia „pójść w długą” i pofiglować z młodymi, ostrymi chłopakami. W tej roli nieprawdopodobny comeback zalicza (uwaga!) Carrie Fisher, idealnie odnajdując się w rejonach Moonshine Galaxy.
 
 
09340_Carrie.Fisher_White.Lightnin_03_122_571lo
 
Wkrótce jednak demony uśpione w zdewastowanym umyśle Jesco wyrwą się na swobodę, wciągając go w ten rodzaj piekła, gdzie zło przywraca  doraźnie wewnętrzną harmonię, gdyż dobro i odsłonięcie się przyniosły ból  i udrękę. Jedną z najbardziej wstrząsających scen w filmie jest moment, gdy Jesco chcąc bezwzględnie ukarać wiarołomną Cillę wygra wewnętrzną walkę, kanalizując gniew w okrutne samookaleczenie.
 
Ale to jeszcze nic. Jesco popadnie w obsesję pomszczenia makabrycznej śmierci swego ojca sprzed lat i wtedy dopiero ten mocny i surowy film wybuchnie prawdziwą orgią szaleństwa, niczym otwarta rana natarta parującą gnojówką i obandażowana zardzewiałym drutem (będzie i taki moment). Odwrotnie niż zwykle w horrorach makabra (rodem z dwóch pierwszych filmów Tobe’a Hoopera) imploduje w stężoną „gotycką” grozę. Finał przybierze postać jakiegoś niewiarygodnego redneckiego „Lśnienia” w pigułce.
 
Doskonale ujęte zostało środowisko w jakim egzystują bohaterowie, tłumaczące aż nadto straceńczy pęd Jesco ku zatraceniu. Uniwersum zamknięte, letargiczne, wtórnie kanibalizujące coraz bardziej zdezelowany sprzęt, jak i niespełnione marzenia o lepszym jutrze (służące głównie za duchową przepitkę do codziennej bani), gdzie nawet sflaczały zegar z obrazu Salvadora Dalí by stanął. White lightning to w ogóle synonim bimbru – który pędzi tu każdy – i skoro np. taki Texas ochrzczono Stanem Samotnej Gwiazdy stan West Virginia mógłby przywdziać miano Stanu Samotnej Księżycówy. Wraz z sąsiedzkim Kentucky tworzą kolebkę amerykańskiej muzyki folkowej. W bogatym soundtracku do filmu poczesne miejsce zajmuje country’owy evergreen „Cindy” znany z  pamiętnej sceny w „Rio Bravo”, a także z wykonania super duetu Nick Cave – Johnny Cash.
 
W „Hollow Men” T.S. Eliota czytamy: „pomiędzy zamiarem a czynem, żądzą a spełnieniem, możnością a istnieniem kładzie się cień”. „White Lightning” to film z akcją w tym cieniu.
 
Simply