logo
Stephen-King

The King of Fear. Ekranizacje prozy Stephena Kinga.

21 września Stephen King obchodził 70. urodziny. Warto z tej okazji przypomnieć interesujące – niekoniecznie najlepsze – ekranizacje jego prozy. King jest wszakże nie tylko najpopularniejszym i bardzo płodnym pisarzem, ale również najczęściej ekranizowanym autorem. Jego filmografia składa się z dwustu czterdziestu tytułów, na co duży wpływ miał sam pisarz, gdyż prawa do sfilmowania opowiadań sprzedawał często za dolara (tzw. dollar babies), pomagając tym samym studentom, którzy wpisując do swojego CV współpracę ze Stephenem Kingiem przyciągali uwagę potencjalnych pracodawców. Chociaż nazywano go „królem horroru”, tworzył również w ramach innych gatunków: kryminału, fantastyki, powieści obyczajowej i psychologicznej. Pisał nie tylko powieści i opowiadania, ale również scenariusze filmowe, zarówno adaptowane jak i oryginalne. Jeden film wyreżyserował, w kilku również wystąpił, przeważnie były to epizody, ale zdarzyła mu się również ważna rola w The Lonesome Death of Jordy Verrill, będącym częścią antologii Creepshow (1982) George’a A. Romero. 

 
The Dead Zone (1983), reż. David Cronenberg 
 
 
„Jedynym przychodzącym mi na myśl reżyserem, który z powodzeniem – i to ogromnym – wyprawiał się do szarej strefy leżącej pomiędzy sztuką i pornograficznym ekshibicjonizmem, nie czyniąc nigdy fałszywego kroku, jest David Cronenberg” – te słowa Stephena Kinga, pochodzące ze zbioru esejów na temat kina grozy pt. Danse Macabre dobitnie ukazują stosunek pisarza do jednego z najważniejszych twórców filmowej grozy. Opisywaną dziś Martwą strefę uznaje on za jedną z niewielu udanych ekranizacji własnej twórczości.
Fabuła prezentuje się następująco – młodego nauczyciela języka angielskiego, Johnny’ego Smitha (Christopher Walken), poznajemy jako miłego i sympatycznego człowieka, związanego z jedną z uczennic, Sarah (Brooke Adams). Pewnego dnia uczestniczy w wypadku samochodowym, po którym zapada w śpiączkę. Budzi się z niej po pięciu latach, mocno odmieniony – okazuje się, iż kilkuletnia koma wzmocniła obecną w nim od dzieciństwa umiejętność przewidywania przeszłości i przyszłości, który to dar okaże się dla niego przekleństwem. Traktowany przez media jak dziwak i odszczepieniec, wkrótce będzie musiał się zmierzyć z poważnym zagrożeniem dla całej ludzkości – oto lokalny polityk Greg Stillson okaże się zdolnym do wszystkiego, zaślepionym przez żądzę władzy mężem stanu.

David Cronenberg, znany do tej pory z ponurych wizji rozkładu więzi społecznych i rodzinnych, wMartwej strefie odchodzi od krwawych jatek na rzecz mrocznej atmosfery i pogłębionej charakterystyki postaci. Historia Johnny’ego to opowieść o ludzkiej samotności i wyobcowaniu „innego”. Główny bohater to postać tragiczna, naznaczona przez los (Bóg wydaje się tutaj bytem nieobecnym), przyjmująca kolejne ciosy z podziwu godnym spokojem – nie odrzuca byłej dziewczyny, mimo iż ta rozpoczęła nowe życie, nie żali się na swój stan, nie czuje nienawiści do innych. Cronenberg pokazuje, że potrafi odnaleźć się nie tylko w podszytym cywilizacyjnym lękiem spektaklu gore, ale i w dramacie obyczajowym, prowadząc świetnie obsadzonych aktorów, co sprawia, że nawet drugoplanowe role zapadają głęboko w pamięć (jak Herbert Lom w roli opiekuńczego lekarza, wspomniana urocza Brooke Adams, czy choćby obecna na ekranie kilka minut Jackie Burroughs w roli matki bohatera). Całość w ryzach trzyma niesamowity Christopher Walken w jednej ze swych najlepszych ról – w sobie tylko znany sposób potrafiący w mgnieniu oka przejść od obezwładniającego smutku do chłopięcego uśmiechu. Błyszczy także Martin Sheen w roli Grega Stillsona, pozbawionego skrupułów polityka, dążącego do władzy za wszelką cenę – aktor wręcz miota się w gniewie i zapalczywości, doskonale oddając charakter swej postaci.

Martwa strefa to jednak przede wszystkim obraz naznaczony piętnem nieopisanego smutku, pesymistyczny dramat skąpany w szarościach codzienności, jedna z najlepszych ekranizacji prozy Kinga. Zaskakująco bliska oryginałowi, nieznacznie tylko pomijająca i zmieniająca kilka wątków z dosyć obszernej powieści. Należy wspomnieć także o ścieżce dźwiękowej Michaela Kamena – na potrzebyMartwej strefy Cronenberg zrezygnował z usług etatowego współpracownika Howarda Shore’a, co jednak w żaden sposób nie pomniejszyło wartości obrazu. Muzyka Kamena jest wyjątkowo piękna, wręcz dostojna, zaś przejmujący motyw tytułowy to w mojej opinii najpiękniejsza melodia jaką skomponował ów kompozytor. 

I jeszcze jedno: w trakcie obrazu kilkakrotnie przewija się fragment opowiadania Washingtona IrvingaLegenda o Sennej Dolinie, z którym mocno identyfikuje się główny bohater. Być może miał to na uwadze Tim Burton, gdy w 1999 roku przy ekranizacji owej noweli w roli tajemniczego jeźdźca – wywodzącego się z irlandzkich legend Dullahana – obsadził właśnie Christophera Walkena.  

The Woman in the Room (1983), reż. Frank Darabont 

Muszę przyznać, iż niezbyt przepadam za ekranizacjami utworów Kinga dokonanymi przez Franka Darabonta – w większości są to dla mnie nieznośnie rozwlekłe filmidła, przesadnie ckliwe i łzawe (videSkazani na ShawshankZielona mila). Szperając w odmętach YouTube trafiłem jednak na absolutną perełkę, która wyszła spod ręki Franka – jego krótkometrażowy debiut reżyserski, nakręconą za 30 tysięcy dolarów The Woman in the Room. Obraz ten należy do grona tzw. „dollar babies”, czyli obrazów, do których prawa autorskie King sprzedawał, głównie studentom filmówek, za symbolicznego dolara.The Woman in the Room to pro-eutanazyjny dramat, przejmująca, oszczędnie opowiedziana historia umierającej na raka kobiety i opiekującego się nią syna, podana przez Darabonta z niesłychanym wyczuciem jakże trudnego przecież tematu. Duża w tym zasługa operatora Juana Ruiza Anchii (Dom gryGlengarry Glen RossSpartan) oraz bardzo dobrej gry aktorskiej tercetu Cornelison/Croxton/Libby (którzy powrócą w kolejnych obrazach reżysera). Film wszedł wraz z innymi „dollar babies”, The Boogeyman Jeffa Schiro oraz Disciples of the Crow Johna Woodwarda, w skład wydanego prosto na rynek VHS The Nightshift Collection. Sam King stwierdził, iż to najlepsze „dolarowe dziecko”, jakie widział. Poszukajcie na YouTube, naprawdę warto.

 
 
haku
 
Graveyard Shift (1990), reż. Ralph S. Singleton

 

Ekranizacja młodzieńczego opowiadania domatora z Bangor w stanie Maine, które na początku lat 70-tych sprzedał dla magazynu „Cavalier” (uboższa wersja Playboya) za 200 dolarów. Nowelka ta jest podrasowanym chorą wyobraźnią pokłosiem osobistych doświadczeń autora z czasów, gdy dorabiając do czesnego pracował dorywczo w fabryce tekstylnej. Nocna zmiana to jeden z nielicznych utworów Kinga, gdzie autor mierzy się z motywem creature feature. Wykreowany potwór jest nie tylko oryginalny sam w sobie, ale – jak na miejską legendę przystało  grasuje w przestrzeni całkowicie realnej i prozaicznej, gdzie uprawia się konkretny fach. Mamy więc horror „robociarski”, nad którym unosi się duch mistrza tejże formuły, Stefana Grabińskiego. Ten nie tylko potrafił perfekcyjnie zdemonizować mikroświat kolejarski i pożarniczy, ale powołał także do życia zrodzone z sadzy osobliwe monstrum wysysające krew z kominiarzy („Biały Wyrak”), dalekiego krewniaka kingowskiej kreacji. Mimo skromnych środków, w ekranizacji Singletona skrzętnie zadbano zarówno o pełny realizm miejsca akcji, jak i dający widzowi należną mu satysfakcję poziom ohydy. Spreparowanej fachowo i z sercem.
 
Tułający się za chlebem  od miasta do miasta  Johnny (podobny do młodego Toma Berengera David Andrews) ląduje w jakiejś dziurze, gdzie trafia mu się wybitnie gówniana robota w starej przędzalni bawełny. Zakład najwyraźniej pamiętający czasy Karola Borowieckiego z powodów bezpieczeństwa powinien być już dawno zamknięty, ale bezlitosny właściciel ma to gdzieś i eksploatuje ustrojstwo bez litości. W halach produkcyjnych roi się od szczurów, które nie atakują wprawdzie ludzi, za to cierpliwie czekają na okazję. Całkiem mądrze, od czasu do czasu zdarza się komuś wpaść do ogromnej zgrzeblarki i stado gryzoni dostaje sutą porcję mielonego, co w filmie podane jest z całą malowniczością. Do tego obiekt ma podziemne połączenie z rzeką (która zdążyła już zalać pobliski zabytkowy cmentarz) i jest regularnie podtapiany, cały czas brodzi się po kolana w niosącej Bóg wie jakie fekalia brei. Jakby tego było mało, gdzieś pośród zakamarków niszczejącej manufaktury gnieździ się niewyobrażalna, przyczajona groza; a to mignie mam przed oczami para podwójnych  jak u wyolbrzymionego leniwca szponów, a to końcówka porośniętego rzadką szczeciną ogona grubości rynny pogrąży się w burych odmętach wody…
 
Tytułowa nocna zmiana to podwójnie płatna fucha w postaci porządkowania zalanych piwnic, jaką szef zaproponuje Johnny’emu i kilku pracownikom, mając w tym własny, morderczy cel. Umiarkowana w tempie akcja ruszy od tej chwili na złamanie karku, a nieświadomi niczego bohaterowie zmuszeni będą walczyć o życie nie z jednym, a dwoma potworami;  z tym ludzkim również.
 
Potężnym atutem filmu jest  sceneria, za którą robi autentyczny nieczynny zakład tekstylny (najstarszy w USA obiekt tego typu w Harmony w stanie Maine), wnosząc pożądany autentyzm. Skorodowane dźwigary stropowe i rury, po których ganiają watahy szczurów, czy zwisające z nich sparciałe szmaty, od których aż bije rakotwórczą stęchlizną są nie do podrobienia. Gdy bohaterowie schodzą na coraz niższe kondygnacje robi się niemal gotycko. Pojawią się stosy kości, zmurszałe pływające trumny i sina mgła tuż nad ziemią. Osobną wartością jest sama lateksowa gadzina (zmutowany szczuro-nietoperz gigant), jak na skromniutki budżet tego filmu wykonana i animowana  wyśmienicie. Nie zabraknie też odpowiedniej porcji gore, choć pod tym względem filmowi raczej daleko do ekstremum.  Aktorstwo jest momentami do przesady przerysowane, ale to w tym wypadku żaden zarzut. Samego siebie przechodzi tu Brad Dourif z dzikim wytrzeszczem oczu w roli licencjonowanego szczurołapa, który popija ze swoim psem Jacka Danielsa z jednej szklanki (jego wspomnienia wietnamskiej traumy, kiedy to „szczury przeszły na stronę Vietcongu” – bezcenne!). Dostaniemy jeszcze parę podobnie absurdalnych kwiatków, idealnie sprawdzających się w, jakże pożądanej dla tego typu produkcji, canabisowo-chmielowej przestrzeni odbiorczej. Co do jednego nie mam wątpliwości: to nie w coming of age’owej nostalgii z dreszczykiem, ani nie za tapetą na ryju jakiejś cyrkowej pajaczycy, a właśnie w takich jak to, srogich filmidłach, bije autentyczne serce horroru lat 80-tych.
 
Simply
 
Tekst pierwotnie ukazał się na:
http://panorama-kina.blogspot.com/2017/09/the-king-of-fear-ekranizacje-prozy.html