logo
I-Spit-On-Your-Grave-Poster-original-620x264

Rape and Revenge, mon amour

 

Night Train Murders reż Aldo Lado, 1975

Bergmanowskie Źródło z 1960 roku stało się po latach inspiracją dla kina eksploatacji, ewoluując w jeden z jego najważniejszych wybuchów pod postacią Ostatniego domu po lewejWesa Cravena. Obraz Amerykanina został dużym hitem, pociągającym kolejnych twórców szukających łatwego zarobku na wykorzystaniu tematyki krwawej zemsty w kinie popularnym. Jednym z nich był Aldo Lado, który nie zadowolił się jedynie prostym odtworzeniem schematu, lecz dodał od siebie kilka cennych obserwacji, puentując obraz w stylu swoich najlepszych dokonań. Pierwsze 40 minut to doskonałe budowanie napięcia poprzez rejestrowanie kolejnych wybryków chuliganów, prowadzących do wybuchu perwersji, świadomie podsycanych przez bezimienną nimfomankę graną przez Machę Meril, która dominuje zdecydowanie nad pozostałymi aktorami, znakomicie kreując postać zdeprawowanej do cna kobiety. Początkowe sceny ukazujące świątecznie udekorowane Monachium, po którego ulicach grasują kieszonkowcy, zapowiadają, iż obraz nie będzie łatwy w odbiorze; gdy napadają na człowieka w przebraniu świętego Mikołaja, grabiąc go z pieniędzy na oczach kilkudziesięciu ludzi, widzimy adresata reżyserskiego oskarżenia. Lado krytykuje konsumpcyjne społeczeństwo, nie widzące dalej, niż czubek własnego buta, ludzi odwracających wzrok od przemocy, która dzieje się obok nich. Podczas podróży pociągiem nikt nie pomaga pokrzywdzonym kobietom, zaś jeden ze świadków przestępstwa uczestniczy w gwałcie na jednej z nich! Obowiązkowy finał, konfrontujący sprawców z rodzicami zamordowanej dziewczyny także nie daje satysfakcji, rozpływając się w atmosferze bólu i desperacji; zemsta nie przynosi ukojenia, zło triumfuje. Odpychająca tematyka jest kontrapunktowana zapadającymi głęboko w pamięć, świetnie kadrowanymi zdjęciami o odważnej kolorystyce, oraz podkreślana motywem granym na harmonijce, który staje się ponurym memento obrazu. Klamrą filmu pozostaje zaś hipisowska w duchu pieśń w wykonaniu Demisa Roussosa A Flower’s All You Need. Daleko jej do apokaliptycznego songu Davida Hessa Wait for the Rain ze wspomnianego we wstępie filmu Cravena, lecz doskonale pomaga rozładować nieznośne napięcie i w końcu odetchnąć po tych 90-ciu minutach tortury: „Miłość, prawdziwa i silna, jest tym, czego wszyscy potrzebujecie”!

haku

 

Cry for Me, Billy reż. William A. Graham, 1972

Ten skromny, ultra-nihilistyczny western jest jak zerobudżetowy Dawid odbierający Goliatowi Zwanemu Ciszą mistrzowski pas w braku litości dla bohaterów. Tragiczna love story, w której los zsyła na parę kochanków bestialski koszmar w najpiękniejszym dla nich momencie, przybiera formę krwawej ballady. Tytułowy Billy (Cliff Potts), wałęsający się po bezdrożach Arizony młody rewolwerowiec, przygarnia spotkaną pośród skał piękną Indiankę, uciekinierkę z czegoś w rodzaju mini Auschwitz dla Apaczów (przetrzymywanych całymi dniami bez wody na majdanie, gdzie rannych dobija się kowalskim młotem). Mężczyzna, niczym redfordowski zaklinacz koni z ogromnym taktem poskramia lęk i nieufność kobiety. Podczas wspólnej wędrówki, mając u boku diablo ponętną i bezbronną squaw, Billy nieodmiennie trzymać będzie rycerski fason godny Jamesa Stewarta i nawet żartem nie postara się przyspieszyć obrotu sprawy. Miłość dopadnie ich instynktownie, w samym sercu edenicznej głuszy. Wtedy to nienawistny świat, który pozostawili hen za sobą, upomni się o nich pod postacią bandy tropiących Indian żołnierzy… Scena, jak panna będzie gwałcona przez dziesięciu knurów przez cały dzień bez przerwy, na oczach zmasakrowanego i skrępowanego Billy’ego, wystawi niejedną odporność na bardzo ciężką próbę (w skomasowaniu zwyrodnialstwa i sleazu film przebija równolegle powstały Deliverance). Ale potem wydarzy się jeszcze coś… i tu przyznam, że sam wymiękłem, choć zdawałoby się, że kino okrucieństwa nie kryje przede mną zbyt wielu tajemnic. Późniejsza droga Billy’ego ku zemście będzie szybka i brutalna. Jego nieoczekiwany, absurdalny koniec też. Zresztą i tak po tym, co się zdarzyło, sama zemsta to mizerna satysfakcja dla bohatera i niewiele większa dla widza. Bogowie nie obdarują Billy’ego magicznym kompasem, jak głowa Alfredo Garcii, który doprowadzi do samego piekła, gdzie będzie można uczciwie strzelić diabłu w łeb. Tu wszystko zostaje na powierzchni. Zabicie skurwysynów nie nakarmi gniewu, bo pamięć o tym, co utracone będzie trwać zawsze i replikować tragedię (a to, co najpiękniejsze jest teraz najokrutniejszym z duchowych zombie i nic tego nie odmieni). Nie będzie też oczyszczeniem, przywracającym porządek, bo natychmiast pojawią się inne skurwysyny. Tu pasowałoby wyrżnąć jakąś połowę rodzaju ludzkiego, ale to nie z takim budżetem, jakim dysponował Graham. Ascetyczny Cry for Me, Billy, z prawie całą akcją w plenerze, przywołuje na myśl westerny Monte Hellmana, z ich podobnie spartańską kameralistyką i dyżurnym fatalizmem. Warto dodać, że obcujemy tu z kinem eksploatacji wykonanym i zagranym bardzo starannie (co bynajmniej nie jest regułą). Dodatkową atrakcją jest masa hożej golizny – przez większość czasu heroina paraduje kompletnie bez szat. Meksykańska Indianka Maria Potts (prywatnie żona głównego aktora), wystąpiła pod swym rdzennym imieniem Xochitl (Kwiat), a jej bohaterka nie wypowiada w filmie ani jednego słowa. „Jedna czwarta azteckości, trzy czwarte tajemnicy” – nieco pretensjonalnie pisano o niej w reklamowej zajawce. Nie mniej, jeśli William A. Graham – cytując Edwarda Nortona – zrobił ten film, by „zniszczyć coś pięknego”, lepiej nie mogło mu się udać.

Simply

Tekst pierwotnie ukazał się na:

http://kinomisja.pl/rape-and-revenge-mon-amour/