logo
mad-max-620x264

Post apo, mon amour

La Jetee reż. Chris Marker, 1962

Film Chrisa Markera, niemal w całości składający się ze statycznych zdjęć na kształt fotonoweli, to jeden z najbardziej wpływowych obrazów XX-wiecznego science fiction.  La Jetée (tak na marginesie polski tytuł Filar jest zupełnie nietrafiony, w oryginale rozchodzi się o widokowy taras) to postapokaliptyczna, dziejąca się po III wojnie światowej w zniszczonym Paryżu, historia eksperymentu z podróżami w czasie. Tajemniczy naukowcy (użycie dialogów w tle sugeruje, iż mogą to być niemieccy oficerowie), którym udało się przeżyć, prowadzą badania dotyczące wysłania człowieka w przeszłość, celem ocalenia miasta (świata?). Po nieudanych próbach znajdują w końcu odpowiedniego kandydata (Davos Hanich), którego prześladuje natarczywe wspomnienie z dzieciństwa, związane z tarasem widokowym lotniska Orly i przebywającą na nim zagadkową kobietą (Hélène Chatelain). Mężczyzna spotyka się z nią w różnych momentach swojego życia, rozmawiając i powoli odzyskując pamięć dotyczącą własnej przeszłości. Wspomnienia i proces związany z ich odzyskiwaniem wraz z oddziaływaniem jednostek na historię to główny temat, jaki przewija się przez twórczość Chrisa Markera, człowieka-orkiestry, działającego w wielu dziedzinach sztuki. Nie bez znaczenia jest tutaj fakt, iż ten pisarz, reżyser i fotografik przeżył II wojnę światową w młodym wieku, co na zawsze pozostawiło w jego psychice trwały ślad. Główną inspiracją był jednak Zawrót głowy (1958) Hitchcocka; Marker mówił o swoim dziele, iż jest jego remakiem, dziejącym się w Paryżu. Do dziś pozostaje jedną z ciekawszych wypowiedzi na temat postrzegania czasu, jako koncepcji nie dającej się zamknąć w prostym, linearnym systemie; twórca La Jetée stosując w finale pętlę czasową doskonale puentuje otwarte na wielorakie interpretacje dzieło. Wracając jeszcze raz do tytułu – może on także fonetycznie odnosić się do brzmienia zwrotu „là j’étais”, czyli w wolnym tłumaczeniu „byłem tam”; to tylko kolejna z warstw tego niesamowitego obrazu. W 1995 roku Terry Gilliam nakręcił opartą na tym samym pomyśle popularną dystopię 12 małp, zaś w 2010 roku magazyn „Time” uznał go za najlepszy film o podróży w czasie. Wstyd nie znać.

haku

 

No Blade of Grass reż. Cornel Wilde, 1970

Przerażający to film i jeden z najmocniejszych w kinie apeli, by nie pogrywać z Matką Naturą. Bo gdy ona odmówi nam swoich darów, możemy być pewni, że zanim umrzemy z głodu, wszelkie normy moralne zdążą się jeszcze zdemaskować jako umowa społeczna właśnie ulegająca rozwiązaniu (jak to umowa). Walka będzie się toczyć o każdy dzień przetrwania, a z chwilą, gdy ogarną cię etyczne dylematy, jesteś trupem. Twoja szansa to szybkość decyzji, kiedy bliskiej osobie należy wpakować kulę albo poderżnąć gardło, zanim ona zrobi to tobie. Ani Źdźbła Trawy to siódme reżyserskie dokonanie popularnego w latach 40. i 50. hollywoodzkiego aktora (nominowana do Oscara rola Fryderyka Chopina w A Song to Remember z 1945 r.). Przybyły z Azji wirus stopniowo ogarnia cały glob, niszcząc pola uprawne i zatruwając wszelką roślinność. Przynajmniej do momentu, aż ktoś nie wpadnie na genialny pomysł w stylu Zielonej Pożywki, planecie grozi  śmierć głodowa. Szacowny John Custance (Nigel Davenport) wraz z rodziną opuszcza ogarnięty paniką Londyn i rusza na północ, gdzie ponoć plaga jeszcze nie dotarła. Po drodze przyłączają się inni. Wyprawa rychło przeradza się w wojnę partyzancką z pominięciem wszelkich reguł fair play. Zagrożeniem są już nie tylko zorganizowane gangi (jak setka Hell’s Angels, która atakuje grupę, okrążając ją na motocyklach, niczym Indianie osadników), ale i przeciętni, praworządni obywatele gotowi zabić dla worka ziemniaków. Do tego wojsko zamiast kontrolować sytuację, staje się kolejną dziką bandą i to jeszcze gorszą, bo uzbrojoną w pm-y Sterling i karabiny L1A1. A i w samej grupie nie brakuje napięć, zmieniają się też kryteria oceny człowieka. Twardy i celnie strzelający psychopata, który zabija bez oporów, podważa autorytet Custance’a i rości sobie prawo do jego nieletniej córki, pozostanie bezkarny, gdyż ze swoimi talentami jest dla ogółu bezcenny. Wilde zachłannie korzysta ze zdobyczy okrutnego kina eksploatacji, zarazem tworząc dlań nowe wzorce – scenę gwałtu Hellsów na żonie i córce bohatera  skrojono  na miarę najpodlejszego grindhouse’u. Wszystko rozgrywa się w pastoralnej scenerii górskich dolin hrabstwa Yorkshire i regularnie punktowane jest oderwanymi od całości obrazami gnijących ścierw zwierząt i ptaków, ścieków przemysłowych oraz wszelkich innych kontaminacji. W skrócie: Noc Żywych Trupów (starczy zastąpić zombie uzbrojonym motłochem i rzucić akcję w plener), Major Dundee, Born Losers i Koyaanisquatsi w jednym.

Simply

Tekst pierwotnie ukazał się na:

http://kinomisja.pl/postapokalipsa-mon-amour/