logo
AR-708029652.jpgupdated201308090931MaxW800maxH800noborder

Double Feature Evening with George Romero

1978 – Świt żywych trupów 

 Dawn-of-the-Dead-Cast-Elevator-3x7

Ta kontynuacja Nocy Żywych Trupów to idealnie wyważona między grozą a groteską gorzka refleksja nad ludzką kondycją. Obraz, który ostatecznie osadził Romero na tronie króla zombie-horroru, z którego nie zszedł do końca swojego życia. Jeden z najbardziej wpływowych horrorów XX wieku – gdyby nie on, nie powstałaby choćby słynna trylogia zombie Lucia Fulciego z przełomu lat 70/80, a i cały boom na ten typ kina grozy wyglądałby zupełnie inaczej. Fabularny pomysł jest prosty i zwięzły. Po nocy żywych trupów nadszedł ich poranek – zmarli ożywający po śmierci opanowują coraz większe przestrzenie, do walki z nimi stają wszyscy, od prostych rednecków po jednostki specjalne SWAT. Bohaterami obrazu jest para pracowników telewizji Stephen i Francine oraz dwaj funkcjonariusze wspomnianej sekcji – Roger oraz Peter. Po porwaniu należącego do telewizji helikoptera docierają do centrum handlowego, gdzie mają zamiar przetrwać apokalipsę. Napisany we współpracy z Dario Argento (który wraz z zespołem Goblin jest także twórcą ścieżki dźwiękowej), Świt Żywych Trupów okazał się wielkim sukcesem kasowym i artystycznym, zarówno w Ameryce, jak i na międzynarodowym rynku. Chwalono bezkompromisowość twórczą, krytyczne tony wobec konsumenckiego społeczeństwa oraz świetnie wplecione akcenty komediowe, tak rzadkie w horrorze. Romero osiągnął to wszystko dzięki starannej reżyserii oraz doskonale budowanemu, wręcz apokaliptycznemu klimatowi osaczenia, zbudowanym m.in. dzięki snującej się ospale muzyce włoskich mistrzów. I choć do charakteryzacji zombie można się przyczepić (niezbyt wysoki budżet nie pozwolił Saviniemu na pełen zakres usług), zaś burząca atmosferę całości scena najazdu motocyklistów na centrum handlowe wydaje się umieszczona tutaj nieco na siłę, obraz nie zestarzał się ani trochę, nadal pozostając wciągającym widowiskiem.

haku

1985 – Dzień żywych trupów

 ss

„To będzie Przeminęło z Wiatrem kina zombie” – tak jeszcze na etapie pisania scenariusza obwieścił Romero narodziny trzeciej odsłony trupiej trylogii. Dla ambitnego projektu reżyser wyliczył budżet wysokości 7 milionów. Zażądał też, by obraz wszedł na ekrany w wersji unrated, bez najdrobniejszych ingerencji cenzury. Niestety, przewalczenie tego drugiego uwarunkowane zostało daleko idącymi kompromisami względem pierwszego. Producent nie chcąc przeinwestować produkcji z mocno uszczuplającą zyski kategorią R, ustalił koszt na 3,5 miliona i ani centa więcej. Tak też Romero zmuszony został do skrócenia 200-stronicowego skryptu o ponad połowę (a film zarobił 34 miliony). Niektóre pomysły z oryginalnej wersji scenariusza zostały później wykorzystane w Ziemi Żywych Trupów (2005), jak np. inteligentny zombie-przywódca umarlaków, którym pierwotnie miał ponoć być… czarnoskóry bohater Nocy żywych trupów. Mimo wspomnianych ograniczeń, powstało dzieło uderzająco spójne i dramatyczne, trzymające widza za gardło od pierwszej do ostatniej sceny. Akcja rozgrywa się w katakumbach podziemnej bazy wojskowej (na powierzchnię to już w ogóle nie ma po co wychodzić), gdzie na schwytanych okazach zombie prowadzone są badania naukowe. Program nadzoruje wojsko. Romero integralnie połączył tu atmosferę tajnych laboratoriów z ich makabrycznymi eksperymentami niczym w horrorze sf z lat 50-tych, ze swoim indywidualnym modus operandi: hybrydyzacją kina grozy i narracyjnej struktury kina wojennego, silnie zaznaczoną już w Świcie. Zaś absolutnym novum Dnia Żywych Trupów okaże się zombie „z ludzką twarzą” – pełen sękatego uroku delikwent imieniem Bub (Sherman Howard). Łagodnie traktowany przez pracującego nad nim profesora zacznie ujawniać zaczątki inteligencji (rozkoszuje się Dziewiątą Symfonią Beethovena i czyta Miasteczko Salem Kinga), jak i wyraźny zanik agresji. Bub-hodowlaczek to ważna część reżyserskiej tezy, wcześniej tylko sugerowanej, teraz wyłożonej z niepodważalną pewnością: ludzkie zło jest immanentne, a nasza nienawiść i resentymenty bywają daleko silniejsze niż wola przetrwania. Zombie wcale nie stanowią najpoważniejszego z zagrożeń. Zaogniony na początku konflikt między naukowcami a żołnierzami, dowodzonymi przez pozującego na Rambo faszystowskiego watażkę (Joseph Pilato), narasta z każdą chwilą, by skończyć się totalną masakrą. Romero tak konsekwentnie przeprowadził swój wywód, że ostateczny szturm truposzy na bazę  odbieramy niczym odsiecz kawalerii w klasycznym westernie, a w finałowym pojedynku człowieka z zombie całym sercem sekundujemy temu drugiemu. Ale prawdziwym bohaterem obrazu jest Tom Savini, który robiąc w lateksie, silikonie, wosku i świńskich flakach i krwi (część się zepsuła, ale i tak jej użyto), wykreował prawdziwy poemat gore. To jedne z najlepszych tego typu efektów w historii X Muzy.

 

Simply

Teksty pierwotnie ukazały się na stronie kinomisja.pl w serii „Na celowniku”, tutaj:

http://kinomisja.pl/na-celowniku-george-a-romero/