logo
texas-chainsaw-massacre-tobe-hooper-rob-zombie-7907a495-8327-4f10-8b02-c26912493aba

Double Feature Evening with Tobe Hooper

1976 – Zjedzeni żywcem

 aaa

Jak przystało na targanego gniewem filmowego chuligana, po sukcesie Teksańskiej Tobe Hooper idzie za ciosem, chłoszcząc publiczność kolejną porcją grindhouse’owej patologii. Za inspirację posłużyło lokalne podanie o jednym typie, który w latach 30-tych miał karmić swojego aligatora zwłokami zaszlachtowanych uprzednio prostytutek. Choć film nie dorównuje poziomem poprzednikowi, warto dać szansę tej zuchwałej miksturze południowego swampy gotyku i kina hicksploitation. W Zjedzonych Żywcem reżyser wraz ze scenarzystą Kimem Henkelem niby kłaniają się nisko Psychozie, lecz jest to wyłącznie pretekst, aby Hitchcocka przepuścić przez pryzmat sklejony z okruchów krzywych zwierciadeł i flaszek po taniej whiskey. Co na ten moment nie dziwi, w końcu rok 1977 to zenit punkowej rebelii. Nieśmiały Norman Bates w beatnikowsko-modsowskim garniaczku nie rozwiązywał już sprawy, potrzeba było hotelarza na miarę czasów. Akcję po raz kolejny patriotycznie ulokowano w jakiejś teksańskiej „odbytnicy świata”, gdzie swój zafajdany hotelik prowadzi Judd (genialny Neville Brand) – überredneck, odludek i naprawdę hardkorowy spierdoleniec. Tym razem Hooper nie bawi się w budowanie nastroju, szybko i punkrockowo przechodząc do konkretów. Wylana z roboty dziwka (nie chciała dać od tyłu dobremu, wiejskiemu Robertowi Englundowi), która trafia w środku nocy do przybytku Judda, od razu zalicza parę „szybkich” widłami do gnoju i ląduje w basenie z krokodylem nilowym – pupilem szefa i adekwatną atrakcją tego chorego jak i on miejsca. Wszystko w tym filmie jest pokraczne i zdziwaczałe, niczym kosa Judda o absurdalnie pałąkowatym stylisku, z którą z kolei  zapoznają się następni klienci. Film można odebrać jako suplement do Teksańskiej, przyjmujący dla odmiany punkt widzenia oprawcy. Tempo historii  w związku z tym czasami nieco siada (lecz nieznośnie duszna atmosfera bynajmniej), gdy Hooper oddaje się klinicznej obserwacji bohatera podczas prozaicznych, domowych zachowań, jakie wypełniają mu czas pomiędzy masakrowaniem kolejnych gości. Judd snuje się po obejściu jak smród po gaciach, cały czas to charcząc, to gadając głupoty sam do siebie, wciąga prochy przeciwbólowe kiedy postrzeli się w drewnianą nogę, za obicie fotela służy mu flaga klerykalnych neonazistów z Aryan Nations, w klatce w jego mieszkaniu zdycha na naszych oczach małpa, a ustawione na Nashville country radio cały czas obśpiewuje stare dobre czasy, których i tak nigdy nie było. Neville Brand przerażająco plastycznie odegrał dewianta, któremu od lat wyparte, normalne ludzkie popędy zastąpiła żądza mordu, jedyna osłoda zjebanego życia. Oryginalną, opartą na serii elektronicznych dysonansów muzykę skomponował sam reżyser, często nakładając ją na diegetyczne country, z efektem jedynie w swoim rodzaju schizofrenicznym. Film został zjedzony żywcem przez krytyków, a Hooper nie dorobił się miana Faulknera kina eksploatacji.

Simply

 

1985 – Siła witalna 

 ccc

Biorąc na warsztat zwariowany (i niestety zwyczajnie niedopracowany) scenariusz Dana „Mr. Aliena” O’Bannona, Hooper musiał znów zmierzyć się z gigantycznym budżetem, tym razem największym w swojej karierze. Dzięki 25 milionom dolarów na planie obok reżysera pojawiły się ówczesne hollywoodzkie gwiazdy: muzykę napisał Henry Mancini, za kamerą stanął, świeżo po bondowskich sukcesach, Alan Hume, zaś efekty specjalne przygotował zespół słynnego  m.in. dzięki Gwiezdnym Wojnom Johna Dykstry. I choć wszyscy oni stanęli na wysokości zadania, obraz przepadł w box office, zarabiając w USA mniej niż połowę zainwestowanej kwoty. Stało się tak zapewne dzięki temu, iż Hooper tym razem zafundował nam coś, co na własny użytek nazwałem „kosmicznym kampem”. Stężenie absurdu na centymetr taśmy filmowej jest tutaj wyjątkowo wysokie: oto mamy do czynienia z gatunkowym miszmaszem science fiction, horroru, motywów wampirycznych i czegoś na kształt apokalipsy zombie. I choć to wszystko jest wielce niedorzeczne, to jednak podczas seansu bawimy się doskonale – tu kosmiczna inwazja, tam zasuszone zombiaki, w finale zaś obowiązkowy potwór. Pomiędzy nimi zaś same perełki wprost z archiwum Eda Wooda: scena kuszenia kawałkiem chleba nagiej jak ją Szaraki stworzyły kosmitki to rzecz koniecznie warta obejrzenia. Takich kwiatków mamy tutaj co niemiara, by wspomnieć choćby całkowicie bezsensowne dialogi. Zapomniałbym jeszcze o telepatii – i ten temat doczeka się tutaj swego, dosyć oryginalnego rozwinięcia. I choć Siła witalna jest śmietnikiem lepszych i gorszych pomysłów, gwarantuję jedno – nudzić się nie będziecie. A dorodne cycki Mathildy May będą się wam śniły po nocach.

haku

 

Teksty pierwotnie ukazały się na stronie kinomisja.pl w serii „Na celowniku”:

http://kinomisja.pl/na-celowniku-tobe-hooper/