logo
Sam-Peckinpah

Double Feature Evening with Sam Peckinpah

Dzika Banda (1969)

William-Holden-The-Wild-Bunch-Sam-Peckinpah

Po katastrofalnym przyjęciu zniszczonego przez studio Majora Dundee zawodowa reputacja Sama mocno ucierpiała. Przez kilka lat nie zrobi żadnego filmu. W tym czasie trzykrotnie ożeni się i rozwiedzie z tą samą kobietą, osuszy niejedną flaszkę whiskey i napisze kilka scenariuszy. Szansa na powrót do gry pojawi się wraz z restrukturyzacją systemu produkcji  i powstaniem szeregu małych, niezależnych studiów nastawionych na ambitny, autorski repertuar, kierowanych przez nową generację światłych i solidnie wyedukowanych whizkids przemysłu filmowego. Takim człowiekiem okaże się Phil Feldman, producent zafascynowany wizją i talentem Peckinpaha, który nie tylko nie będzie kastrował jego pomysłów, a udzieli pełnego wsparcia przez cały czas realizacji, świadom wartości i nowatorstwa powstającego dzieła; także jego kontrowersji. Bo też i w żadnym innym filmie od zarania X muzy, widz (i to już na wejściu!) nie został przewalcowany porównywalną nawałą furiackiej przemocy, do tego ukazanej w sposób tak malowniczy i hipnotyzujący. Zapas ładunków pirotechnicznych i blood squibów przeznaczonych na cały (!) film, został zużyty na raptem część owej sceny. A serie zwolnionych zdjęć, nadające gwałtownym obrazom cech tzw. baletu przemocy (i tak też filmowane erupcje krwi z ran postrzałowych) Sam wykorzystał już w finałowej bitwie w Majorze Dundee, biorąc za wzór Siedmiu Samurajów. Niestety, wszystko to zostało na podłodze w montażowni, po ingerencji cenzorskich nożyc. Poznawszy w otwierającej akcji tytułową bandę mamy wszelkie podstawy do pełnego szoku, jakich to suczych synów śmiano uczynić głównymi bohaterami westernu. Z czasem reżyser poszerzy perspektywę, odsłaniając obraz całego uniwersum: istnego mondo cane toczonego wojną totalną wszystkich ze wszystkimi i terenu łowieckiego kolejnych dzikich band (przy których ta „nasza” wypada wręcz nieskazitelnie), a zabijanie nie jest tylko środkiem do celu, a czymś w rodzaju kategorycznego imperatywu. Ludzkie oblicze chłopaków Pike’a Bishopa odsłaniane jest w serii znakomicie wyreżyserowanych i zagranych scen na przemian rosnącego i rozładowywanego napięcia w grupie, pełnych hawksowskiej afirmacji działania zespołowego i wzajemnej lojalności. Tak ukochany przez Sama Meksyk będzie dla bohaterów Rajem i Piekłem w jednym. Ten pierwszy (wioska Angela) doczeka się pięknej apoteozy przy dźwiękach tradycyjnej La Golondrina, gdy będą go opuszczać, niczym nierealne marzenie senne. Z Piekłem wejdą w układ, bo tylko tak można przeżyć w tym świecie. A gdy sprawy pójdą nie po myśli (jak to w układach z diabłem), zafundują piekłu kurację i to homeopatyczną (przy wydatnej pomocy jego własnego ckm-u systemu Browning). Nakręcona z wykorzystaniem kilku prędkości taśmy finałowa rzeź to studnia bez dna montażowo-inscenizacyjnych, optycznych frykasów, do upadłego kopiowanych w kinie po dziś dzień. Tym sposobem ostatni desperaci umierającego Zachodu, których dotąd jedynym domem był horyzont, znajdą swe miejsce na ziemi w nieśmiertelnej, skąpanej we krwi i tequili legendzie o sobie samych.

Simply

Nędzne Psy (1971)

straw-dogs-locals

Na początku lat 70-tych Peckinpah był na ustach całego filmowego świata. Po burzliwym przyjęciu Dzikiej Bandy (za jej scenariusz wraz z Walonem Greenem dostał nominację do Oscara) oraz jednego ze swoich faworytów, Ballady o Cable’u Hogue (na którego planie alkohol lany był non stop), przystąpił do adaptacji powieści Gordona Williamsa Oblężenie farmy Trenchera. Wyjechał do Anglii, by w uroczych zakątkach Kornwalii nakręcić jeden z najmroczniejszych obrazów w swojej karierze. Historia młodego małżeństwa Davida i Amy, skonfrontowanych ze społecznością małego miasteczka, to jedyne w swoim rodzaju studium rodzącej się przemocy, metafora świata znajdującego się na krawędzi. Oskarżany kolejny raz o gloryfikację okrucieństwa, mizoginię i pesymistyczną, nie zostawiającą nadziei wizję, Krwawy Sam śmiało odpierał zarzuty, odwołując się już w tytule do skojarzeń filozoficznych. „Niebo i Ziemia nie są ludzkie i ludzi traktują jak słomiane psy”, pisał Lao Tzu w Tao Te Ching. Natura, zarówno w niebie, jak i na ziemi, działa pozbawiona jakichkolwiek intencji i zamiaru, zatem nie może być postrzegana jako łaskawa bądź wroga w żadnej sytuacji, zaś tytułowe straw dogs to ofiary całopalne symbolizujące bogów, którym oddawano cześć w Chinach. Nie podchwycili tego ówcześni krytycy – dostało się reżyserowi m.in. od Rogera Eberta, Variety i innych opiniotwórczych mediów, choć zdarzały się i pochlebne recenzje. Podkreślano kontrowersyjność sceny gwałtu oraz finałowej jatki, która nie przynosiła upragnionego wytchnienia, a jedynie pogłębiała mroczny wydźwięk całości, w czym miało swój udział doskonale budowane napięcie oraz arcydzielny montaż. Egocentryczne, niejednoznaczne postaci Davida i Amy przeciwstawione prostym czy wręcz prymitywnym mieszkańcom mieściny zwiększyły siłę oddziaływania obrazu, o którym dziś mówić można tylko w kategoriach skończonego dzieła. Nie zestarzał się ani trochę, nadal prowokując i odzierając widza z wszelkich złudzeń dotyczących ludzkiej natury – jesteśmy tylko gatunkiem walczącym o przetrwanie za wszelką cenę; opowieścią idioty, pełną wrzasku, wściekłości i furii, która nic nie znaczy.

haku

 

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Kinomisja:

http://kinomisja.pl/na-celowniku-sam-peckinpah/