logo
Place_Lino-Ventura,_Paris_9

Podwójny seans z Venturą i Giovannim.

„Drapieżca”(„Le Rapace”) reż. Jose Giovanni , 1968.

aff_rapace-1

Film z gatunku zapata noir adventure. Pełną napięcia i wolt fabularnych akcję umila doskonały soundtrack (Francois De Roubaix) i to jakiego by się porządny spag-west nie powstydził: dużo drumli, meksykańskie pieśni, zgrabny temat przewodni. Meksyk, lata 30 XX w., jakaś nora na zadupiu. Płatny morderca gringo (Lino Ventura) przechodzi przez zieloną granicę i spotyka się tam z grupą powiązanych z armią spiskowców, szykujących zamach stanu. Lino ma ukatrupić prezydenta, który za parę dni przybędzie do tego obskurnego miejsca na schadzkę ze swoją kochanicą – podrzędna aktorką z gminu, dla której kazał tu wybudować hacjendę/pałac. W zamachu ma wziąć udział młody Indianin ideowiec. Ma go to po przejęciu władzy wykreować na bohatera ludowego i namaścić na poważnego szychę w nowym rządzie. Przed akcją killer i młodziak spędzają razem kilka dni, co pozwala im się bliżej poznać. Ventura traktuje młodego jak ostatnią ścierę, drze z niego łacha, pięści też nie żałuje i gnoi na całego. Jest człowiekiem głęboko życiowo doświadczonym, wypranym z wszelkich złudzeń i bezwzględnym, noszącym w sobie jakąś nie zagojoną ranę. Cała ta rozmyślna brutalność wyjdzie naiwniakowi tylko na dobre, kiedy sytuacja obróci się przeciwko nim i nagle staną się zwierzyną łowną. Bo paradoksalnie przez ten idealizm młody jest jedynym , któremu hiper sceptyczny killer ufa. I nie bez racji.

 

gr_rapace-05a

Ventura potwierdza, że jest jednym z KILKU najbardziej przekonujących twardzieli kina. Z pomocą tej swojej dyżurnej miny typu „kurwa, serio?” kradnie scenę za sceną. Giovanni parę razy daje bohaterowi wykazać się miejsko-partyzanckim, survivalowym refleksem, co może sugerować jego własny bagaż doświadczeń z czasów życia na krawędzi (reżyser spędził wiele lat za kratkami i to bynajmniej nie na skutek sądowej pomyłki). W filmie nie brakuje zaskakujących zwrotów, nie tylko w materii akcjonerskiej, ale i samych zachowań postaci. O przeszłości bohatera Ventury – jak stoi w twardzielskiej recepturze – nie wiemy nic. No, prawie… Młody pod nieobecność Ventury przegląda jego portfel i znajduje zdjęcie kobiety. Całej postaci, tylko że na twarzy narysowana jest trupia czaszka, całkiem pokrywająca jej rysy…

A na końcu, po ujęciu w szerokim planie na jakim w każdym innym filmie pojawia się napis „koniec” dostajemy jeszcze jedną scenę i to z takim suspensem, że nie idzie wysiedzieć! Porządna, w pełni czasoodporna rzecz w starym stylu i na swój sposób idealistyczna odpowiedź na „Bullet for General” Damianiego.

 

„Ostatni adres zamieszkania” („Dernier domicile connu”) reż. Jose Giovanni , 1970.

25673265_2056265864607952_1879768940_o

Kino Giovanniego jest bardzo ludzkie, ale w dość specyficznym rozumieniu. On swoich bohaterów zawsze traktuje bardzo ciepło i zarazem bezwzględnie. Zazwyczaj odbiera im jakąś część nadziei, a pytanie, czy ich to zahartuje czy zniszczy, lubi pozostawić otwarte. Ventura gra starzejącego się, paryskiego gliniarza nazwiskiem Leonetti, który z wyjątkowo durnego, tudzież niezawinionego powodu, zostaje przeniesiony na prowincjonalny posterunek. Ten całkowicie oddany pracy, nie mający żadnego życia prywatnego odludek, nie jest lubiany przez szefostwo. Ma opinie brutala, choć dorobił się jej po paru akcjach, aż nadto usprawiedliwiających użycie broni czy przywalenie klientowi. W rzeczywistości to całkiem normalny, zrównoważony gość. Do rany przyłóż.

Zadanie, jakie mu przydzielają jest mało spektakularne. Zbliża się proces oskarżonego o morderstwo drobnego gangstera. Materiał dowodowy jest trochę za słaby żeby go zapuszkować, ale wiadomo, że gdzieś ukrywa się naoczny świadek zbrodni. Jedynym tropem jest jego adres w bloku, gdzie ostatnio mieszkał, zanim wszelki słuch o nim zaginął. Trzeba go odszukać w ciągu tygodnia, bo tyle zostało do procesu. Leonettiemu do pary przydzielają mało doświadczoną, ale pełną entuzjazmu i bystrą Jeanne Dumas (Marlene Jobert, mama Evy Green). Kobieta jest atrakcyjna, wrażliwa i pełna uroku, taka spokojnie ekstrawertyczna. I to ona raczej stanowi clou programu, Leonetti zdaje się pozostawać nieco w jej cieniu. Razem wyglądają jak ojciec z córką, a ich relacja jest od A do Z czysto profesjonalna: żadnych walk płci, zauroczeń ani nawet konfliktu charakterów.

25593475_2056266017941270_333872362_n

Film w dwóch trzecich jest typowym proceduralem i to bardzo flanerskim: oboje walcują po mieście od Annasza do Kajfasza, mozolnie zbierając informacje, rytm rutynowej, nieurozmaicanej dodatkowymi atrakcjami roboty wyznacza klimat i charakter filmu. Ogląda się to jak PRLowskie milicjottesco . Wszystko w szarościach, spowszedniałe, żadnego high ani low life’u w kontraście, dosłownie jak Warszawa za wczesnego Borewicza. Sytuacja trochę ożywia się w drugiej połowie, gdy do czynu przejdą podążający śladem bohaterów pomagierzy oskarżonego (w tym bardzo zły Michel Constantin, francuski odpowiednik Mariana Glinki). Giovanni gwałtownie złamie dotychczasową monotonię wydarzeń bardzo brutalną i naturalistyczną sceną ulicznej bójki Leonettiego z czterema zakapiorami. Wszystko będzie zmierzało ku dobremu, ale zakończy się wybitnie gorzkim akcentem. W ostatnich minutach Giovanni pokaże prawdziwą klasę wykorzystując nietypowy kontrapunkt muzyczny. Radosnemu przekazowi obrazów nagle zacznie towarzyszyć dźwięk wybitnie złowrogi , informując, że to jeszcze nie koniec.

Simply