logo
Bez tytułu

“Una Pistola per Cento Bare” (A Pistol for a Hundred Coffins) reż. Umberto Lenzi, 1968

Umberto Lenzi westernów kręcić nie lubił. Pytany o przyczyny, wymijająco ucinał temat twierdząc, że nie przepada za końmi.  Z kolei jako wielki fan (i znawca!) historii wojen XX wieku, ochoczo włączył się w popularny pod koniec lat 60 trend wojenno-awanturniczy (tzw. macaroni combat), dyskontujący światowe sukcesy „Dział Navarony” i „Parszywej Dwunastki”. Przy tej właśnie okazji reżyser zmuszony zostanie do uiszczenia kontrybucji na rzecz niechcianego gatunku, gdyż przydział funduszy na film wojenny producent obwaruje nakręceniem w pierwszej kolejności westernu. W 1968 machnął więc Lenzi od ręki dwa spag westy (ten drugi to „Tutto per Tutto” z Markiem Damonem), by móc spokojnie zabrać się za „Battle of the Commandos” wg skryptu Dario Argento. W omawianym „Una Pistola per Cento Bare” w pierwszej kolejności uderza niefrasobliwość, z jaką Lenzi miesza i mutuje motywy podkradzione z amerykańskiego, rodzimego, a nawet czeskiego kanonu gatunku, przyprawiając wszystko garścią zaskakująco oryginalnych (fan Johna Wayne’a powiedziałby „ciężko pokurwionych”) pomysłów własnych. Czasami niemal proroczych dla jego niedalekich, jak i tych dużo późniejszych dokonań.

Ex Konfederat Jim Slade wraca po latach z wojny, by zastać w domu podejrzanie świeże trupy pomordowanych rodziców. Nevada Smith wiedziałby co w takiej sytuacji należy zrobić, ale dowcip polega na tym, że Jim jest Świadkiem Jehowy i religia zabrania mu używania przemocy; podczas Wojny Secesyjnej wojował wyłącznie łopatą w kamieniołomach za odmowę walki. Czyżby więc czterem plugawym zbójom tak niecna zbrodnia  miała ujść płazem? A w życiu! Lenzi szanuje wzory Henry’ego Hathawaya, ale jeszcze bardziej czas filmowy, zatem przemianę duchową Jima jak i jego rewolwerową edukację odfajkowuje narracyjnymi elipsami, z tych możliwie najszybszych. W mgnieniu oka z bogobojnego kokonu wykluwa się nie znający litości motyl – gunslinger, by do wtóru melancholijnego tematu Angelo Francesco Lavagnino pofrunąć ku krwawym żniwom. Jim pozostanie za to wierny innemu z nakazów swojej religii, mianowicie pełnej abstynencji. W końcu pijący w saloonie tylko wodę Świadek Jehowy to idealny materiał do obicia ryja, co w tego typu spektaklu czyni  dziwaczny  wątek wyznaniowy aż nadto usprawiedliwionym. W roli głównej wystąpił Peter Lee Lawrence. Urodzony w Bawarii aktor (właśc. Karl Hyerbach)  zadebiutował  w „Za Kilka Dolarów Więcej” drugoplanową rólką zgładzonego przez Indio narzeczonego siostry płk. Mortimera. Wkrótce stanie się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy gatunku, grając w 21 spaghetti westernach, m.in. w tak solidnych pozycjach, jak  „Killer cal. 32”, „Garringo”, „Days of Violence” czy „The Man who killed Billy the Kid”. Dobrze rozwijającą się karierę przerwała przedwczesna śmierć aktora, który poległ w walce z nowotworem mózgu w wieku 30 lat . Szerzące się pogłoski o jego samobójstwie  ostatecznie zdementowała  żona, aktorka Cristina Galbo („The House that Screamed”).

 

028

Niezbyt imponujący warsztat aktorski Lawrence’a, tu jeszcze zredukowany do obsesyjnego ogrywania pojedynczej emocji wciąż na tej samej nucie, wraz jego z warunkami fizycznymi  przynoszą efekt zgoła paranoiczny. Niebieskooki, aryjski blondynek o wiecznie zaciętej twarzy i nieprzejednanym spojrzeniu fanatyka, wygląda jakby urwał się wprost z plakatu werbunkowego Dywizji Pancernej SS „Hitlerjugend”, a jego niczym nie równoważona, odhumanizowana bezwzględność podsuwa skojarzenie z androidami generacji Yula Brynnera w „Westworld”(1973).

Mścicielskie modus operandi Lenzi zbudował Jimowi z samych sprawdzonych klocków z zestawu Pierwszego Sergia, czyniąc go  takim  trochę Frankiem, trochę Monco i Blondie’em z domieszką Harmonijki w jednym. Pierwszego typa protagonista uwalnia spod szubienicy by potem zmusić go do wykopania sobie grobu (wiadomo, jedni kopią, drudzy czekają z coltem), innego wykańcza na oczach żony i dzieci, etc. Do tego początkowa scena wyboru broni zakrawa na jawną parafrazę rewolwerowych dylematów Tuco w „Dobrym, Złym i Brzydkim”. Kwestia zemsty dość szybko ustępuje pola głównemu wątkowi, czyli przygotowaniom miasteczka do obrony przed  bandą zamierzającą obrobić tam  bank, w co czynnie włączy się główny bohater z sobie wiadomych powodów. Tu arcyważnym ogniwem będzie tajemniczy kaznodzieja – rewolwerowiec o karawaniarskim obliczu Johna Irelanda, amator szachów i eschatologicznych „sucharów” (w stylu „Bóg dał, Bóg wziął”), które raz po raz rzuca, najczęściej gdy kogoś rozwali. I wtedy Umberto Lenzi wyciągnie swego asa atutowego, windując ten dotąd przeciętny western do rangi prawdziwego kuriozum i wyzwalając prawdziwego demona anarchii (zgodnie zresztą z własnymi poglądami na świat). SPOILER Otóż w miasteczku mieści się dom wariatów, akurat nie dawno spalony  przez pacjentów, dlatego towarzystwo tymczasowo umieszczone zostaje w celach pod biurem szeryfa. Pech chce, że pod osłoną nocy niedorozwiniętym dzikusom udaje się stamtąd zwiać. Będzie to naprawdę sądna, dantejska noc. Uśpione ulice zatętnią zboczonym rechotem z kilkudziesięciu szkaradnych gąb, a nabuzowani wolnością i żądzą krwi dewianci przyniosą piekło do mieszkań pogrążonych we śnie obywateli. Każdy dostąpi spełnienia według własnej karty choroby: seksualny predator wedrze się do buduaru lokalnej piękności, seryjny morderca (Eduardo Fajardo jakiego jeszcze nie znacie) piejąc maniakalnie będzie rozwalał głowy siekierą, a piroman zacznie podpalać domy jeden za drugim. Na ich twarzach przez cały czas malować się będzie tak nieziemska euforia, jakby co najmniej trafili do raju. Bohaterowie do rana będą musieli  się z nimi ganiać po mieście, dopóki nie wybiją wszystkich do nogi. KONIEC SPOILERA Oto rzeczy, które nadejdą – cały ten wątek to nic innego, jak podświadoma (?) zapowiedź kultowego horroru „Nightmare City”(1980), gdzie  Lenzi wskrzesi to wszystko w innych dekoracjach i z wielokrotnie spotęgowaną siłą. Lecz to nie wszystko, z tych potworności wyraźnie łypie na widza ociekająca jadem satyra socjalna. Anarchista Lenzi kreśli ostatnie słowo w temacie utylitarnych mrzonek wszystkich ideologów, którym ten jakże niepoczciwy, twardy rdzeń ludzkiej natury programowo nie pasuje do układanki. Gdy rewolucja wybuchnie, to każdy natychmiast sam sobie weźmie „według potrzeb” a prawdziwą utopią jak zawsze okaże się możność ujęcia tego w karby bez wyrzynania wszystkich w pień. Jak dla mnie, to również taki zgrzebny, acz żarliwy „lajk” od kina eksploatacji dla bunuelowskiej „Viridiany”.

 

pst01John Ireland i Eduardo Fajardo: walka w technice wrestlersko-modlitewnej

Choć film nie jest specjalnie krwawy, natłok nagromadzonej w nim brutalności plasuje się wyraźnie powyżej gatunkowej średniej. Większość bohaterów hołduje idei permisywnego okrucieństwa, ginie masa bezbronnych, często niewinnych osób, a szybkie zoomy na wykrzywione grymasem agonii twarze to znak firmowy westernu Lenziego. To wszystko wybuchnie wkrótce na całego gdy ekrany zaleje fala brutalnych poliziotteschi, w którym to gatunku Lenzi zrobi bodaj najlepsze rzeczy w swojej karierze. Będzie to wyraźna zmiana aury w jego filmach, gdyż np. gialli których sporo nakręcił na przełomie 60/70, należą do wyraźnie stonowanych pod względem przemocy. Reżyser, będąc wielkim fanem unikających dosłowności francuskich psychologicznych thrillerów, jak „Widmo”(1955) H.G. Clouzota, „W Pełnym Słońcu”(1959) Rene Clementa, a zwłaszcza pełen erotycznego napięcia „Basen”( 1969) Jacquesa Deray, zbliżoną formę będzie się starał respektować w swym eleganckim kinie kryminalnym. Ale czasy szybko się zmienią i wkrótce świat przekona się, jak bardzo estetyka szoku nie jest mu obca. Zmienią się potem jeszcze parokrotnie, aż włoski przemysł filmowy zakończy swój wspaniały żywot. Na reżyserskiej emeryturze Lenzi odda się pasji pisarskiej. Zdobędzie rozgłos jako autor serii kryminałów z akcją w realiach produkcji filmowej w Cinecitta z czasów dyktatury Mussoliniego.

Niniejszy western nie jest pozycją wybitną, ale ci fani gatunku, którzy mając już kanon z przyległościami w małym palcu, przesiewają teraz mozolnie drugą ligę w poszukiwaniu wyróżniających się zaskakującymi rozwiązaniami pozycji, mogą po dziełko Lenziego sięgać bez namysłu.

Simply