logo
Lucio_Fulci_HQ-678x381

Na celowniku: Lucio Fulci

Siedem czarnych nut 

psychic4

Po pięciu latach  przygód z kamerą nad Jukonem i Rio Grande, Fulci powraca do giallo; gatunku, dzięki któremu zbudował się jako artysta, rzemieślnik  i w pełnym tego słowa znaczeniu – autor. Film niestety nadal pozostaje pozycją mało popularną, czy wręcz słabo kojarzoną nawet wśród wiernych fanów reżysera. W swoim czasie poległ też w kinach, gdyż w ,,suspirialnym” roku 1977, giallo wyraźnie traciło już na popularności. Tym bardziej zasługuje on na uwagę, gdyż w swojej klasie jest to pozycja wybitna. Paradoksalnie, tego seansu nie powinni dłużej odkładać zwłaszcza przeciwnicy kina Fulciego, wytykający fabularne niekoherencje i brak umiejętności kontroli nad filmową materią  jego obrazom gore z lat 1979-82. Jest szansa, że może do niektórych dotrze ( może, nie musi – wiadomo jak to jest z matołami, ale nawet tych paru nawróconych to będzie coś) prosty fakt, że zmiana paradygmatu kryminalnego na splatter-oniryczny jest jednoznaczna z zastąpieniem pewnych reguł gry innymi, tak zwyczajnie. Siedem czarnych nut to pierwsze spotkanie Fulciego ze scenarzystą Dardano Sacchettim, legitymującym się na ten moment serią skryptów do filmów  poliziottescchi, przeważnie z górnej półki (Il Trucido e lo Sbirro, Stunt Squad). Kiedy już niedługo wezmą się razem za kino gore, z  mózgów widowni zostanie galareta. Mimo niepodważalnych zalet wcześniejszych gialli Fulciego, dopiero ten film bez zastrzeżeń wprowadza go do panteonu mistrzów  kryminału. Fulci zwycięsko zmierzył się  z jedną z najtrudniejszych jego form, tzw. zagadką zamkniętego pokoju. I choć uczynił to tak niekonwencjonalnie jak tylko możliwe, z reżyserską brawurą odsłaniania kolejnych stopni intrygi rywalizować tu może jedynie aptekarska precyzja w jej skonstruowaniu (i bez wątpienia poziom suspensu). Powstał  architektonicznie perfekcyjny whodunit, a żeby było ciekawiej (i trudniej do opanowania bez potknięć) ożeniony z modnym wówczas parapsychologicznym horrorem. Jest to też najbardziej klaustrofobiczne dzieło Fulciego, gdzie ograniczona przestrzeń wnętrz nie dość, że ogrywana jest bez mała jak kolejny bohater, bywa jeszcze dodatkowo skracana gwałtownymi zoomami na oczy uwięzionej ofiary. Odtwarzająca główną rolę Jennifer O’Neil (jedna z najpiękniejszych aktorek Fulciego) gra przede wszystkim twarzą  i w obowiązkowo kompletnej, mało przylegającej garderobie w każdej scenie. Rozmyślnie kiełzna to jej  bujny erotyzm nie pozwalając mu zakłócać transmisji permanentnego przerażenia, któremu bohaterka poddawana jest lawinowo na przestrzeni całego filmu . A co zaskakujące, to właśnie strach stanie się dla niej czymś w rodzaju narzędzia dedukcji i zbliży do prawdy, której wolałaby nie znać. Będzie też wspaniale repetytoriom z  Edgara Allana Poe: odpryski z Czarnego kota i Zdradzieckiego serca, którego bicie w finale zastąpi tytułowa melodia. Gore zredukowano do minimum, co w niczym nie umniejsza upiornej mocy dzieła. Bo ten film nie oczyszcza, po seansie zostajesz z  namiastką otchłani, na dnie której zamajaczy Twoja własna. Trudno żeby było inaczej, zważywszy na praźródło wizyjnych stanów ESP bohaterki od których wszystko weźmie początek i sprawi, że zamurowanie żywcem objawi się jako zakamuflowany, freudowski ,,powrót do łona”.

Simply

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Kinomisja:

http://kinomisja.pl/na-celowniku-lucio-fulci/