logo
class-678x381

Troma, mon amour

1984 – Toksyczny mściciel (reż. Michael Herz, Lloyd Kaufman) – Kuba Haczek

toxic-avenger-part-four-1

W latach 80-tych w New Jersey odnotowano 10-krotną redukcję rocznych wartości tzw. czarnego dymu, co wskazywało na znaczny spadek niekontrolowanych emisji ze źródeł spalania, niższe spalanie węgla w mieszkaniach oraz zmniejszenie zawartości siarki w oleju. Coś jednak musiało przeniknąć do powietrza latem 1983 roku, kiedy to scenarzysta i reżyser Lloyd Kaufmann, wraz z pomocą Michaela Herza i Joe Rittera zaczął wcielać w życie swój stary pomysł o nakręceniu filmu dziejącego się w siłowni (wpadł na niego pracując przy pre-produkcji Rocky’ego (1976)). Stężenie absurdów, idiotyzmów i wszelakich filmowo-obyczajowych fanaberii przekroczyło jednak w przypadku Toksycznego Mściciela wszelkie normy. Kpiąc z wszystkich wokoło, za nic mając sobie obyczajność i moralność, panowie nakręcili film wręcz arcydzielny w swej głupocie. Popatrzmy na trzeźwo co tutaj się dzieje: oto zamieszkujący społeczność Tromaville („światowej stolicy składowania odpadów”) Melvin Junko (Malwin Odpad?) pracuje jako sprzątacz w siłowni, odwiedzanej przez młodocianych wyrostków pokroju Boza i Sluga (te imiona!). Niezbyt rozgarnięty Melvin, który nadal czeka na przejście mutacji, jest nieustannym obiektem żartów i drwin ze strony bywalców owego „Klubu Zdrowia”. Boz z kolegą oraz dwoma tępymi dziewuszkami postanawiają raz na zawsze ukarać Melvina, na wzór swoich starszych kolegów, którzy kilka lat wcześniej upodlili niejaką Carrie White. Podobnie jak w przypadku nastoletniej telekinetyczki, tak i w wypadku naszego biednego Melvina, ów ceremoniał przejścia wyzwoli w nim ukryte moce (i pozwoli pozbyć się mutacji!). Melvin, który po samobójczym skoku ląduje w beczce z toksycznymi odpadami, jako „Potwór Bohater” dokonuje eliminacji społecznych wyrzutków oraz wszelkiej maści indywiduów, wyrządzających zło spokojnej społeczności Tromaville. Nie zapomina jednak o prywatnej zemście, a wszystko odbywa się w rytm miłosnego tańca godowego z niewidomą ukochaną. Jeden z największych sukcesów wytwórni Troma to mokry sen wielu „poważnych” filmowców. Gra aktorska? Nie istnieje. Poprawność obyczajowo-polityczna? Won! Kretyńskie żarty? Co dwie minuty. Efekty specjalne? Gumowe flaki i inne przysmaki. Katharsis? W co drugiej scenie. Finał do łez i zarazem porzygu? Jest. Kult zapewniony na wieczność? Bezsprzecznie. Podsumowując: kto nie widział, tego mopem po twarzy!

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Kinomisja:

http://kinomisja.pl/troma-mon-amour/