logo
7a3d7e806206451f83ea8950a23278fc_compressed-678x381

Na celowniku: Dario Argento

1985 – PhenomenaKuba Haczek
 
phenomena5

Szalony scenariusz Phenomeny jawi się po latach jako podsumowanie i swoiste greatest hits dotychczasowej filmografii Włocha, z bezpośrednimi odwołaniami do poprzednich dzieł. Zarys fabularny zasadniczo powiela motywy z Suspirii, mamy kopię sekwencji podwodnej z Inferno, jest scena dekapitacji w slow motion przywołująca Cztery muchy na szarym aksamicie, nad wszystkim zaś dominuje baśniowa atmosfera trylogii o Trzech Matkach (zresztą Phenomena po drobnych zmianach fabularnych mogłaby stanowić jej zwieńczenie). Argento uderza także w tony autobiograficzne – główna bohaterka Jennifer (debiutująca w głównej roli Jennifer Connelly) to córka światowej sławy reżysera, wegetarianka i marzycielka o  gołębim sercu, która musi stawić czoło wrogo nastawionemu światu. Reżyser podkreślał w wywiadach, iż przeszedł podobną historię w swoim życiu. To, co odróżnia Phenomenę od poprzednich dzieł Włocha, to jego skupienie się na procesie rozkładu, przepełniająca cały obraz swoista nekromania, zaakcentowana dobitnie w cudownie obrzydliwym finale, gdzie główna bohaterka przejdzie inicjację, której nie zapomni już nigdy. Argento nie byłby sobą, gdyby nie skontrastował owych scen putrefakcji z niewinnością i czystością Jennifer. To owa dysharmonia sprawia, że Phenomena nadal błyszczy i pozwala otwierać się na kolejne interpretacje. Sam reżyser chciał widzieć w swoim dziele świat, w którym naziści wygrali II wojnę światową, czego odzwierciedleniem miały być choćby kostiumy stworzone przez Giorgio Armaniego, ale i stonowane, chłodne zdjęcia Romano Albaniego. Tropów do rozszyfrowania obrazu mamy wiele, zaś reżyser oryginalnie odwoła się do niego w finale późniejszej o dwa lata Opery, powracając w nim raz jeszcze do szwajcarskich Alp. Niedoceniana w momencie premiery przez krytykę, a ukochana przez fanów, Phenomena pozostaje do końca niezbadana.

2001 – BezsennośćKuba Haczek
 
sleepless3

Bezsenność, zdecydowanie najlepsze giallo Argento nakręcone po latach 80-tych, upstrzone  co i rusz świetnymi efektami specjalnymi Sergia Stivalettiego i zapadającą głęboko w pamięć muzyką Goblinów pod dowództwem Claudia Simonettiego, to ukłon w stronę fanów wymarłego gatunku. Podobieństw do poprzednich obrazów jest tutaj co niemiara – by wspomnieć choćby fabularny motyw przypominania sobie ważnego szczegółu z przeszłości, czy animowaną lalkę, będące ukłonem w stronę Głębokiej czerwieni. Reżyser powraca do częstych zbliżeń i najazdów kamery, będących jego znakiem rozpoznawczym, zaś cały prolog, dziejący się w deszczową noc w pociągu, to mistrzowskie nawiązanie do własnej twórczości. Aktorsko całą ekipę przyćmiewa Max von Sydow, znakomicie tworząc postać emerytowanego komisarza Morettiego, który mimo słusznego wieku nie może odpuścić śledztwa. Jego „staromodne” podejście do pracy jest podkreślane poprzez niechęć do komputera, czy innych współczesnych wynalazków – dla detektywa najważniejsza jest pamięć i umiejętne rozwiązywanie łamigłówek, jakie na miejscach zbrodni zostawia morderca. Moretti wręcz maniakalnie usiłuje przypomnieć sobie dziecięcą rymowankę, mając przeświadczenie, że to w niej tkwi rozwiązanie zagadki. Na dodatek uświadamia sobie, że być może schwytany przez niego karzeł nie był mordercą z przeszłości, co otwiera kolejne pokłady pamięci, pełnej luk i fałszywych tropów. Stary wyga walczy ze swoimi zmorami, zaś Argento bawi się z widzem jak za najlepszych lat, w postaci swego bohatera zawierając cechy protagonistów z poprzednich obrazów, jak choćby Marcusa z Głębokiej czerwieni, czy Franca Arno z Kota o dziewięciu ogonach. Bezsenność to godna polecenia łamigłówka z całkiem niezłą, choć czasem niepotrzebnie komplikowaną, fabułą.

2005 – Masters of Horror: JeniferSimply
 
852full-masters-of-horror -jenifer-screenshot
 
Pomysł na serial Masters of Horror zrodził się w głowie Micka Garrisa, podówczas nadwornego ekranizatora prozy Stephena Kinga. Zgromadzić tylu, ilu się da, bardziej lub mniej utytułowanych specjalistów od filmowej grozy, dając każdemu godzinę na stworzenie własnej, zamkniętej historii plus wolną rękę w kreatywności – to było coś. Pierwszy sezon, wyemitowany przez sieć Showtime, przyniósł mocno zróżnicowany stylistycznie i jakościowo materiał. Dobrze wypadli m.in. Stuart Gordon i Larry Cohen (a słaby od lat John Carpenter wręcz zachwycił), natomiast prawdziwym zaskoczeniem w paru przypadkach okazało się zupełnie ,,nie telewizyjne” nagromadzenie wizualnej makabry. Tu wszelkie limity przekroczył Takashi Miike, którego najbardziej barbarzyński (i moim zdaniem najlepszy) Imprint w ogóle nie został wyemitowany. Zrealizowana na podstawie 10-stronicowego komiksu Jenifer Daria Argento plasuje się pod tym względem na drugiej pozycji i jako jedyny odcinek nie uniknęła cenzorskich nożyc. Obiektywnej ocenie Jenifer na pewno nie służą porównania z wcześniejszą twórczością Argento, gdyż z dawnego barokowego stylu i malarskiej narracji nie zostało praktycznie nic. Wszystko to zastąpiła zatrącająca o zdawkowość prostota fabuły jak i formy, którym dominujący ton narzuca spuszczona z łańcucha, bezbłędnie spreparowana ohyda. Pewien gliniarz imieniem Frank (drewniany Steven Weber) podczas patrolu zabija osobnika usiłującego zarąbać tasakiem młodą kobietę. Obdarzona perfekcyjnym ciałem niewiasta pod burzą skołtunionych włosów skrywa, o zgrozo, oblicze bestii, wyraźnie nawiązujące do pamiętnej kreacji z Phenomeny. Para jednolicie czarnych ślepi i ociekająca śluzem, pełna krzywych kłów zdeformowana paszcza, miast obrzydzenia budzą w bohaterze przypływ litości, która rychło przerodzi się w nieokiełznaną seksualną obsesję. Nawet gdy Jenifer wypatroszy i zeżre żonę i dzieci Franka, zniewolony desperat będzie trwał przy niej aż do żałosnego końca. Oprócz efektów gore i mocarnego make upu, pochwalić należy przewrotną, reżyserską grę na dychotomiach. Jednoczesna bezbronność i krwiożerczość Jennifer, a także bujna uroda zwieńczona makabryczną facjatą, w umyśle bohatera integrują się według empatycznego klucza dokładnie przeciwstawnego porządkowi, w jaki instynktownie reaguje na to wszystko zszokowany widz; Frank będzie się z nią gził do upadłego. Jenifer to takie małe, Argentowskie Bliskie spotkania trzeciego stopnia (1977), gdzie  bohater zainfekowany nieznaną siłą również gotów był porzucić wszystko co kocha, by za nią podążyć. Jeden i drugi zostawiają nas w poczuciu nieprzenikalności otaczającego świata, gdzie dla pewnych jego emanacji nie znajdujemy matrycy we własnej jaźni. Nie mniej narzucona wymogami czasowymi, wyraźna brulionowość całej historii nie pozwoliła rozwinąć tkwiącego w niej potencjału. Rozbudowaną do pełnego metrażu Jenifer obejrzałbym o wiele chętniej niż Suspirię Dwa.

2006 – Masters of Horror: FuterkaSimply
 
Pelts-masters-of-horror-10068869-1029-683
 
Drugi sezon Mistrzów horroru, mimo niejednokrotnie obiecującej bazy literackiej (Ambrose Bierce, Clive Barker, John Farris), nie dorównał poziomem poprzednikowi. Najlepsze odcinki zrobili Brad Anderson, ponownie Gordon i właśnie Argento, który na dobre zrzuciwszy skórę arbitra stylu raz jeszcze zapuścił się w rejony rozbuchanego splatterfestu i bizzaro. Zaadoptowane opowiadanie autora Twierdzy F. Paula Wilsona dostarczyło fabuły równie popierdolonej, co Jenifer, bardziej jednak zwartej i lepiej wpasowującej się w format średniego metrażu. Eksplorując sprawdzony uprzednio temat prowadzących do zguby namiętności, winy i kary, twórca Inferno podgrzał to jeszcze na szybkim ogniu moralizatorskiego campu, w najlepszym stylu legendarnych Opowieści z Krypty (1989-1996). Poznajemy historię otyłego, wiecznie śmierdzącego kuśnierza-erotomana (po królewsku obleśny Meat Loaf), zadurzonego po uszy w gibkiej striptizerce-lesbijce (Ellen Ewusie). Pech chce, że, mówiąc najdelikatniej, kobieta nie odwzajemnia jego uczuć. Nasz smalcerz znajduje jednak skuteczne lekarstwo na miłość, jakiemu żadna się jeszcze nie oparła – uszyje futro wszech czasów, którym zdobędzie  serce ukochanej i wymości najkrótszą drogę między jej uda. Posłuży mu do tego wytropione przez znajomego kłusownika-paściarza (John Saxon) stado magicznych szopów-praczy, egzystujących w ruinach starożytnego miasta. Nie wie jednak, że zwierzęta chronione są klątwą, której działanie obróci jego plan w krwawą perzynę. I tu na scenie (a raczej za kulisami) pojawia się bodaj najważniejsza postać tego przedsięwzięcia – Greg Nicotero, plus jego załoga z KNB FX Group. Mistrz efektów gore, który przerósł swojego mentora, wielkiego Toma Saviniego. Swój nieprzeciętny talent Nicotero ujawnił już podczas debiutu przy Dniu żywych trupów (1985) , gdzie pod okiem Saviniego wypreparował tak idealnie własną odciętą głowę, ze gdy podrzucił to swojej matce do pokoju, musiała interweniować karetka. Wykreowana przez Grega plaga śmiertelnych samookaleczeń, jaka spadnie na głowy wszystkich powiązanych z feralnym futrem nieszczęśników, to najlepsze sceny gore w całym serialu, a odcięcie twarzy sidłami na szopy długo pozostaje w pamięci. Jak się nie trudno domyślić, finał tej opowieści to już totalny oberek juchy z obleśnością. Dawny Argento odleciał w zaświaty na zawsze. Jedyne , co po nim zostało, to przywołujący wspomnienia przepiękny soundtrack Claudio Simonettiego z lunatykującą wokalizą, jak z lat 70.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Kinomisja:

http://kinomisja.pl/na-celowniku-dario-argento/