logo
china-678x381

Neo-noir mon amour

1972 – The Outside Man (reż. Jacques Deray) – Simply

HOMME EST MORT, UN

Gdy zaraz po wojnie amerykańskie kino zalało ekrany Francji, czarne kryminały odbierano tam jako prawdziwe objawienie. Wkrótce ukute nad Sekwaną określenie gatunku pójdzie w świat, narzucając swą idiomatyczność pod każdą szerokością. Dla ówczesnych elit artystycznych, uwiedzionych jego industrialną poezją, ludzką prawdą i nieodpartą, pop kulturową fetyszyzacją dyżurnego rekwizytorium, celuloidowy noir był jak religia. Znalazło to szybko odbicie w rodzimym kinie; amerykanofil-stylista Melville bez trudu zajął miejsce apaszowskiego Beckera i mieszczańskiego Clouzota. Dlatego zrobienie prawdziwego filmu gangsterskiego w Hollywood, z tamtejszym kolorytem i akcją w miejscach, gdzie poruszali się bohaterowie Raymonda Chandlera czy Dona Westlake’a, musiało być dla francuskiego filmowca spełnieniem marzeń. Na początku lat 70. przed taką szansą stanęli Jacques Deray i wybitny scenarzysta Jean Claude Carriere, tandem odpowiedzialny za dwa najgorętsze wtedy we Francji kryminalne hity (Borsalino z 1968 i Basen z 1969). Gdy zapłonęło zielone światło dla koprodukcji mającej ruszyć w Los Angeles, scenariusz powstał w parę tygodni. Francuski kontraktowy zabójca Lucien Bellon (Jean Louis Trintignant) przylatuje do LA, by zlikwidować zamożnego gangstera, co też odbywa się podejrzanie gładko. Kłopoty zaczną się jednak natychmiast, gdy Bellon z przerażeniem odkryje, że ktoś wymeldował go właśnie z hotelu zabierając osobiste rzeczy, łącznie z paszportem i całą dolą za robotę. Nim zdoła pomyśleć nad planem B, omal nie ginie, gdy wściekłe polowanie urządzi nań amerykański kolega po fachu (psychopatyczny jak nigdy Roy Scheider, rodzony ojciec Coenowskiego Antona Chigurha). Bezradny na obcym i niebezpiecznym terenie Francuz podejmie próbę kontaktu ze swoim paryskim zleceniodawcą, lecz prawdziwym kołem ratunkowym okaże się dla niego Nancy (Ann Margaret), kelnerka topless w klubie go go. Bellon, który jako pierwszy złoży  kilka segmentów zabójczej układanki w logiczną całość, sam podrzuci ścigającemu go ,,cynglowi” własny trop. Nie, by go ubić z zasadzki, lecz konstatując, że po robocie też i tamtego przeznaczą na odstrzał. Niczym płk. Mortimer zaproponuje połączenie sił: pionki nie unikną bicia większymi figurami, ale gdyby tak rozwalić szachistów? Dalsze wydarzenia będą jednak bardziej przypominały rezultat solidnego kopniaka w szachownicę, niż taktycznego wykończenia partii. Deray i Carriere szansy nie zmarnowali, destylując prawdziwy koncentrat kina akcji lat 70., w najlepszym stylu równoległych dzieł Dona Siegela.  Film (którego oryginalny tytuł, Un Homme est Mort, zapożyczono z wiersza Paula Eluarda) jest niebywale zimny w materii międzyludzkiej, a jednocześnie szybki jak pocisk przeszywający po drodze większość dramatis personae, przestrzenny i skąpany w słońcu; największy mrok, to cień rzucany przez bohaterów do wewnątrz siebie. Całości dopełniają obłędnie zbudowane kobiety (jeszcze Angie Dickinson), siarczysty funk Michela Legranda i zmieniająca się w zawrotnym tempie sceneria. Wykorzystano m.in. będące w trakcie wyburzania słynne molo w Santa Monica, gdzie w postapokaliptycznym, najeżonym zwałami gruzu i prętami zbrojeniowymi pejzażu dojdzie do francusko-amerykańskiej konfrontacji na rewolwery. Jean Claude Carriere, znany głównie ze współpracy z Luisem Bunuelem, w finale pozwoli sobie na mały żart w stylu mistrza: wprowadzi  karawan-limuzynę, którym na wpół martwi bohaterowie desperacko spróbują wyrwać się śmierci od ognia policji.