logo
67-seven-samurai-re-release-japanese-b1x3-1967-01-1200x562-678x381

Kino samurajskie, mon amour

1966 – Miecz zagłady (reż. Kihachi Okamoto) – Simply

56bc6552f22e2

Kino zen w wydaniu lucyferycznym, po którym nieprędko dochodzi się do siebie. Najchętniej chciałoby się za pułkownikiem Kurtzem sprowadzić wszystko do omnipotentnej frazy ,,horror”, by w takiej pigułce kontemplować to raz jeszcze, niczym buddyjski koan. Szokująca koncepcja głównego protagonisty wykracza bowiem poza wszystko, co w sferze charakterów oferuje kino samurajskie, a i w każdym innym ciężko o porównywalny odpowiednik. O ile bohaterowie Kurosawy na ogół zjednują sobie sympatię, a Kobayashiego współczucie i solidarność, tak bohater Okamoto wzbudza lodowatą grozę. Jest martwy i wypalony, a jego moc zdaje się pochodzić z jakiegoś przeklętego uniwersum, jakby był zdalnie sterowany przez samo Piekło ( nowy gatunek jigoku-geki?), Jednocześnie jest wolny i czysty w stopniu dla innych niewyobrażalnym. Ryuonosuke Tsukue to Bóg miecza, walczący w nietypowym stylu mumyo otonashi no kamae (w wolnym tłumaczeniu: cisza i mrok), polegającym na projektowaniu w głowie przeciwnika pozorów własnej kruchości, co ma go zmylić i jednocześnie wywołać zgubną pewność siebie. Osiągnąwszy najwyższy stopień koncentracji na jednym punkcie, praktykuje tę postawę w każdej sekundzie życia. Ponad wszystko uwielbia zabijać, co czyni przy każdej nadarzającej się lub sprowokowanej okazji, a siłę charakteru hartuje wymieniając swą duszę na pustkę idealną. Zen-owski, upadły anioł zagłady, czy oświecony mąż? Grający główną rolę Tatsuya Nakadai osiągnął tu nie mniejszy poziom skupienia oraz dyscypliny ciała i woli, niż jego bohater na drodze ku mrocznemu ideałowi.  Film jest adaptacją powieści-rzeki Kaizana Nakazatso, ukazującej się w odcinkach przez kilka dekad, od 1913, aż do śmierci autora (wcześniej już ekranizowanej przez takich tuzów, jak Hiroshi Inagaki, Kenji Misumi, czy Tomu Uchida). Wielowątkowa akcja rozgrywa się w burzliwym okresie Bakumatsu (1853- 1867, schyłek szogunatu), czasach walki o władzę między stronnictwami dążącymi do wzmocnienia władzy cesarza a zwolennikami dawnego porządku. Liczne zamachy i skrytobójstwa dokonywane były wtedy przez  spiskujące frakcje samurajów (Ryunosuke należy do jednej z takich grup). Mamy też nietypowo poprowadzoną historię zemsty, a także par excellence tragiczny wątek żony gł. bohatera, traktowanej jak szmata i powietrze na przemian; kobieta w desperacji przylgnęła do niego po tym, jak Ryunosuke z rozmysłem zabił jej męża drewnianym bokkenem, podczas sportowej walki. Cały ten natłok zdarzeń Okamoto spina klamrą w stylu (przywołanego później przez J.P. Melville’a) buddyjskiego Czerwonego Kręgu, w którym los zetknie ze sobą obcych sobie ludzi, by dopełniło się ich przeznaczenie. Gdy na Przełęczy Wielkiego Bodhisattwy (oryginalny tytuł filmu) Ryunosuke z angielską flegmą zaszlachtuje bezbronnego starca (tsuji-giri – samurajski przywilej zabijania niższych kast w ramach treningu) na oczach jego wnuczki, krąg zacznie się zakreślać. Zostanie domknięty, kiedy drogi fechtmistrza i dziewczyny po latach przetną się jeszcze raz. Wtedy przez warstwę realności przebije się jakiś inny wymiar Zaowocuje to sceną oszałamiająco sfilmowanej, siedmiominutowej  masakry, którą Kihachi Okamoto w moich oczach zdeklasował w tej materii wszystkich znakomitych kolegów razem wziętych. Zalany krwią Ryunosuke będzie zabijał kolejnych przeciwników przez całą wieczność, gdyż koło jego karmy zaczęło wirować w miejscu. Na podobnej idei Takashi Miike oprze już cały film (Izo , 2004).

1967 – Bunt (reż. Masaki Kobayashi) – Simply

753id_543_081_primary_w1600-1300x731

Po piorunującym ciosie w feudalne porządki ery szogunatu, jakim było Harakiri (1962), Kobayashi wyprowadza kolejny. O ile tam pochylał się nad strasznym losem spauperyzowanych roninów, tak tu daje do zrozumienia, jak łatwo ofiarami okrutnych praw padali też ludzie zajmujący pozornie stabilną pozycję na drabinie wasalnych powinności. Jak na przykład Isaburo Sasahara (dojrzałego Toshiro Mifune rola numer jeden), wybitny szermierz i wzór wewnętrznej samokontroli, samuraj na żołdzie bezwzględnego daimyo, gdzieś na początku XVIII wieku. Gdy tyran wyda nieludzki rozkaz, ściągając tragedię na głowy najbliższej rodziny Sasahary, dotąd lojalny jak pies wojownik wystąpi przeciw swojemu panu. Kobayashi dowodzi, że największym kalectwem systemu była łatwość, z jaką niszczył on ludzi najwartościowszych. Gdy spirala przemocy rozkręci się na dobre, Sasahara i jego druh, równie odważny i  prawy Tatewaki ( Tatsuya Nakadai), zostaną wbrew sobie zmuszeni skrzyżować ostrza (urzekający spartańską urodą pojedynek na wietrze pierwszej i drugiej katany kina japońskiego). Prawdziwymi beneficjentami układu są bowiem ,,etatyści’: urzędasy, dworacy i pieczeniarze; piętrowy bufor między zepsutym daimyo a naszym bohaterem. Ich nadgorliwość (bunt Sasahary godzi w nich równie mocno) przybiera postać Bismarckowskiej ,,żelaznej pięści w jedwabnej rękawiczce”. Ciekawe, w którym filmie pada więcej kwestii typu ,,Naprawdę rozumiem cię i współczuję, ALE…”, gdzie pierwsze jest śliską fasadą, a drugie ciosem w najbardziej bezbronny punkt. Natomiast punkt zwrotny nastąpi, kiedy okaże się, że daimyo nie jest jednak nietykalny, a nagłośnienie całej afery może mu nieźle zaszkodzić. W tych okolicznościach nadgorliwcy wpadają w panikę proponując na gwałt rozwiązania ostateczne, które w obliczu żelaznego charakteru Sasahary karłowacieją w swej śmieszności. Bo ani proponowane ,,po dobroci” seppuku, ani więzienie nie godzą się z osobistym wyborem, którego Sasahara dokonał, gdy zagłada jego rodziny stała się faktem. A  brzmi on: narżnę tylu skurwysynów, ilu przyślecie. Skazana na porażkę walka o ocalenie najbliższych przynosi tylko niepokój, gniew i bezładne rozproszenie energii. Decyzja o honorowej rzezi, porządkuje to wszystko umyśle i duszy Sasahary . Przywraca harmonię i pogodę, płynące z płynnego zestrojenie się z witalnymi i transcendentnymi prądami życia i śmierci, pulsem wszechświata. Bo tym jest wewnętrzny spokój. Ale to nie wszystko, zdaje się mówić Kobayashi. Samuraj Tatewaki  cały czas rozważa praktyczne przełożenie technik szermierki na prozę stosunków międzyludzkich, szukając potwierdzenia u nie podejmującego tematu Sasahary. W chwili śmierci doznaje oświecenia: – Musiałeś wygrać, miłość trojga ludzi ci pomogła. Tatewaki skupiając się całkowicie na własnym umyśle, zaniedbał energię serca. Lecz gdyby wyjść poza okcydentalne spojrzenie, jest to dobra śmierć. Już w pre-buddyjskiej tradycji bon mówi się, jak ważny jest spokój ducha w momencie żegnania się ze światem. Ostatnim doświadczeniem Tatewakiego jest poznanie, a zatem przejście na wyższy poziom człowieczeństwa, dusza odchodzi więc w stanie iluminacji. A bohaterski Sasahara przeciwnie – ginąc w nierównej walce (zanim dotrze do Edo, gdzie zamierzał dochodzić sprawiedliwości u wyższych instancji), opuszcza ziemski padół w poczuciu jałowości wszystkiego. Jego duch przenosząc swe rozbicie i nieodkupiony gniew w zaświaty, dozna tam podobnych cierpień. Świat, w którym człowiek tego formatu kończy w ten sposób, musiała spotkać zagłada. Podsumowując, przywróćmy okcydentalny punkt widzenia, bo arcydzieło Kobayashiego to także uniwersalne ogniwo między Sofoklesem a Peckinpahem.

1969 – Yakuza’s Law (reż. Teruo Ishii) – Simply

large-screenshot2

W tym samym roku, kiedy Dzika Banda wyznacza nową cezurę dla ekranowej przemocy, niezmordowana Toei Company rzuca niedbałe ,,Sprawdzam!”, zalewając rodzime ekrany tanimi produkcjami o takim natężeniu brutalności, o jakim nikomu poza Japonią nawet się wtedy nie śniło. Prym wiedzie tu Teruo Ishii, najtwardszy z ,,żołnierzy” Toei. Pionier nihilistycznych gatunków pinku eiga i ero-guro, łączących różne odmiany pornografii z makabrą i sadyzmem (Shogun’s Joys of Torture, 1968). Tym razem Ishii biorąc na swój zboczony warsztat klasyczną chanbarę, wysmażył tradycyjnie skąpany we krwi nowelowy tryptyk, będący istnym panoptikum męczarni, jakie czekają wiarołomnych żołnierzy yakuzy. Po jednej z najokrutniejszych czołówek w historii kina (chyba to w piekle kręcili), dostajemy trzy pouczające przypowieści, gdzie każda ogniskuje się wokół naruszenia konkretnego, wymienionego na początku niepisanego prawa i późniejszych konsekwencji. Wszystkie trzy segmenty trzymają dosyć równy poziom, co w wypadku filmów nowelowych nie zawsze bywa regułą. Pierwsza nowelka, umiejscowiona w epoce Edo, ukazuje konflikt w grupie samurajów na służbie okrutnego daymio-bossa, czerpiącego zyski z hazardu. Tradycyjne yubitsume (własnoręczne odcięcie palca w formie kary za niesubordynację) mamy już na samym początku. I to za byle co, jakby Ishii dawał do zrozumienia, że to na razie jeszcze bagatela. I faktycznie, potem chlasta się dłonie, języki, uszy i wyłupia oczy. Szlachetny samuraj (Bunta Sugawara) wstawia się za w połowie oślepionym przyjacielem, któremu boss nakazał wydłubać drugie oko proponując, że odda jedno własne. Boss odmawia, przelewając tym szalę bestialstwa, co owocuje ogólną, dość chaotycznie nakręconą jatką. Honorowy „okodawca” dopada wodza w trakcie walki, wydłubuje sobie oko, jak się zobowiązał, rzuca nim szefowi w twarz i jedzie go kataną przez łeb. Takie rodzynki tylko w kinie japońskim! Druga, nieco melodramatyczna historia rozgrywa się w okresie Meiji (czasy modernizacji kraju, druga połowa XIX w.). Kimona i miecze nie wyszły jeszcze z mody, ale w lokalach można już bawić się przy dźwiękach patefonu z różową tubą (pinku?). Sprowadzając niepotrzebne kłopoty na syndykat, możesz zostać zeń wykluczony, ale gdy znowu pojawisz się na jego terenie, nie minie cię surowa kara; kładą twą dłoń na ceramicznej flaszce i walą w nią drugą podobną. Masakra. A jeśli przyjdzie ci do głowy pobierać na własną rękę nadprogramowe haracze po knajpach, kumple z gangu przywiążą cię do bambusa i w kilkunastu, komisyjnie oddadzą na ciebie mocz. W finale jeszcze lepsza rąbanka, niż w części pierwszej (sprawniejsze wykonanie i montaż, gore fest porównywalny), tym razem w konwencji ,,jeden przeciw wszystkim”. W ostatniej odsłonie przenosimy się w czasy współczesne i dostajemy skondensowaną petardę niekończących się mafijnych porachunków. Fabuła pretekstowo skleja kolejne tortury, egzekucje, i trochę sztuczne, acz swoiście ekspresyjne strzelaniny a la Seijun Suzuki z domieszką Macka Sennetta. Splatterfest nie słabnie ani na chwilę – jednemu delikwentowi zwęglają twarz zapalniczką Zippo, drugiego wloką po ziemi na sznurze ze helikopterem, a z blaszanego sześcianu, który przed spotkaniem z prasą hydrauliczną był samochodem z kierowcą, dynda ku przestrodze ochłap flaków. Główny twardziel to groteskowy cool gostek o fizjonomii formy przejściowej między Rowanem Atkinsonem a Chow Yun Fatem. W dodatku niepokonany rewolwerowiec, bazujący na prostym, acz skutecznym fortelu na przeciwnika za plecami. Cwaniacka teatralizacja jego poczynań może sugerować rodowód spaghetti westernowy. Yakuza’s Law to przykład wczesnego, acz w pełni ukształtowanego kina eksploatacji, sprawnego warsztatowo i w dobrym tempie. Dla fanów lektura obowiązkowa.

Teksty ukazały się pierwotnie na portalu Kinomisja:

http://kinomisja.pl/kino-samurajskie-mon-amour/