logo
gozu

YAKUZA EIGA. Gangsterskie historie z Japonii

1974 – Zero Woman – Red Handcuffs (reż. Yukio Noda)

Simply

Pinku eiga, japońska odmiana kina sexploitation, w latach 70. rozwidliła się na dwie odnogi: roman porn, bliższa tradycyjnemu soft core’owemu porno specjalność wytwórni Nikkatsu, oraz  doładowane końską dawką przemocy pinky violence, firmowe danie Toei Company. Pinky violence z reguły lubiło poflirtować  z konkretnymi filmowymi gatunkami, ze wskazaniem na jidai-geki, czy jak w przypadku  omawianej pozycji, dramat gangsterski. Sama historia jest prosta, jak umysł seryjnego gwałciciela i odrażająca, niczym resztki łajna, które kiedyś były jego sercem. Nie jest to typowe yakuza eiga. Zamiast zhierarchizowanego i podporządkowanego skodyfikowanym regułom gry syndykatu zbrodni dostajemy ekstremalnie zdeprawowaną  swołocz, nie uznającą żadnych reguł, poza mordowaniem, gwałceniem i torturami bez limitu. Przypomnij sobie bohatera, którego w Almost Human Umberto Lenziego zagrał Tomas Milian, następnie sklonuj go do postaci czterech typów i jednej typiary, po czym połącz w amatorski gang i spuść ze smyczy. Grubszą krechą nie dało się ich nakreślić, są jeszcze brzydcy, niezdarni w ruchach, niechlujni, a do tego histeryczni ponad japońskie normy. Szczęście uśmiechnie się do nich, kiedy przypadkiem porwą córkę wpływowego polityka (lodowaty jak trup Tetsuro Tanba). Pewni swego, zażądają 30 milionów jenów okupu.

Wtedy do akcji wkracza Rei, czyli tajna agentka Zero (Miki Sugimoto), jedna z najwspanialszych kreacji sexploiterskiego girl power w Kraju Kwitnącej Wiśni i nie tylko. Ex policjantka, odsiadująca wyrok za zamordowanie znanego dyplomaty (i seksualnego predatora) strzałem w genitalia z czerwonego mini-Browninga. Bo Rei kocha czerwień i tak się nosi, ale najbliższe jej sercu są czerwone kajdanki z długim łańcuchem, które w alabastrowych dłoniach stają się narzędziem mordu o połączonych cechach bykowca i nunczako. Rei ma zwinne, wiotkie ciało i piękną twarz, której ani na chwilę nie opuszcza ten odcień melancholii, który chciałbyś zawrzeć w swoim ostatnim haiku przed samobójstwem. Słowem, oczu nie idzie oderwać. Do tego wnosi imponujący rys masochistyczny. Przenika do gangu, ale mobsterstwo jej nie ufa. Przez prawie cały film będzie katowana, gwałcona i poniżana, co przyjmie z nieludzko seksownym brakiem emocji, odbierając oprawcom satysfakcję celnymi linerami, wypowiadanym głosem młodszej siostry Nico. Prawdziwego twardziela poznasz nie po tym, ilu cyfrowych pajaców znokautuje w green screenowym saloonie, ale po jak wielkiej dawce bólu potrafi wstać i walczyć. Kiedy Reiko wstanie, ludzkie strzępy będą fruwać w powietrzu.

Zero Woman okazał się box office’owym hitem i do dziś uchodzi za sztandarowe dzieło pinky violence. Yukio Noda, do tej pory kojarzony z kręconym dla Toei popularnym cyklem Furyo Bancho z gatunku bosozoku (japońska odmiana kina motocyklowego), wyreżyserował film perfekcyjnie od strony formalnej. Zoomy, gwałtowne szwenki i agresywnie montowana karuzela bliskich i dalekich planów w scenach ulicznych, układają się w pełną feerię warsztatowej elokwencji, niczym w najlepszych  poliziotteschi. I właśnie fanom tego włoskiego specyfiku polecałbym Zero Woman najbardziej. Film Nody można śmiało postawić obok tych bardziej ekstremalnych pozycji kina polizio, jak The Big Racket, Rabid Dogs, Mad Dog Killer, czy wspomniane dzieło Lenziego: ten sam typ ostrej jazdy z figurami. Najciekawsze jest to, że nikt tu od nikogo nie zrzynał, te podobieństwa to wyłącznie przypadkowa koincydencja myśli twórczej. Grająca główną rolę ex modelka Miki Sugimoto była w tym czasie jedną z dwóch (obok Reiko Ike) czołowych gwiazd kina seksu i przemocy firmowanego labelem Toei. Jej filmowa kariera w 1978 roku doczekała się zaskakującego końca. Miki wyszła za mąż za swoją dawną, szkolną miłość, zamieniając ekstremalne doznania ekranu na pracę przedszkolanki.

1975 – Graveyard of Honor (reż. Kinji Fukasaku)

Kuba Haczek

Traf chce, że najbardziej znanym filmem Kinjiego Fukasaku pozostaje Battle Royale (2000), jego ostatnia realizacja, wielki hit początku nowego millenium. Japoński reżyser do tego czasu nakręcił jednak prawie 70 filmów, z których duża część miała wielki wpływ na yakuza eiga. Tworząc Pogrzeb honoru (Jingi No Hakaba), podobnie jak przy okazji Battles without Honor and Humanity, oparł fabułę na prawdziwych wydarzeniach, tym razem realizując filmową biografię Rikio Ishikawy, związanego przez rytuał sakazuki z rodziną Kawada. Rikio nadzorował w imieniu rodziny czarny rynek w obszarze dworca Shinjuku w Tokio. W trakcie swej krótkiej gangsterskiej kariery wielokrotnie buntował się przeciw swoim mocodawcom, a gdy zranił swojego szefa, został uwięziony na 18 miesięcy oraz otrzymał zakaz wstępu na teren regionu Kanto. Mimo to powrócił do Tokio, gdzie zastrzelił swego towarzysza, Kozaburo Imai, za co został skazany na 10 lat więzienia w Fuchu.

Film Fukasaku jest fabularyzowaną historią tych wydarzeń. Jako odtwórcę postaci Ishikawy reżyser widział od początku gwiazdę Tokyo Drifter, Tetsuya Watariego, który już przy okazji Battles… miał być obsadzony w głównej roli (przeszkodziła choroba aktora). Ishikawa w adaptacji Watariego to zupełnie oderwany od rzeczywistości socjopata, nihilista kierujący się pierwotnymi instynktami. Wyrzucony poza mafijny system, zdany tylko na siebie, dokonuje kolejnych gwałtownych czynów, popadając w otchłań szaleństwa. Jedyna bliska mu osoba, Chieko (Yumi Takigawa), gwałcona i posyłana na ulicę, staje się jego ofiarą, jednocześnie wyzwalając w nim coś na kształt miłości, co podkreśla kanibalistyczny rytuał w finale filmu. Agresywności działań bohatera towarzyszy równie gwałtowna praca kamery, niepozwalająca na moment wytchnienia. Fukasaku pod względem formalnym tworzy prawdziwy majstersztyk: często filmując z ukośnej perspektywy, wchodzi z kamerą w centrum akcji, dodając mnóstwo ujęć z ręki, stopklatki, czy sceny slow motion, co dzięki świetnemu montażowi dobitnie ukazuje pogrążanie się w obłędzie głównego bohatera. Reżyser w dokumentalnym stylu poprzez archiwalne wypowiedzi i fotografie ukazuje trudne dzieciństwo Ishikawy, w którym szukać należy źródeł jego czynów.

Powracająca w filmie metafora z balonem, który unosi się wysoko, by nagle spłonąć, staje się podsumowaniem życiowej drogi Ishikawy. Bezkompromisowy film Fukasaku po 45 latach od premiery nadal robi piorunujące wrażenie jako studium psychopatycznej i destruktywnej relacji gangstera z otaczającym go światem. W 2002 roku remake filmu nakręcił Takashi Miike, luźniej trzymając się faktów niż Fukasaku, tworząc jednak film nie mniej ponury.

1976 – Okinawa Yakuza War (reż. Sadao Nakajima)

Kuba Haczek

Na ulicach multikulturowej Okinawy dochodzi do krwawych potyczek miejscowych gangów. W rytm charakternego funka miejscowi bandyci sprzedają kopy, liście i kule swoim przeciwnikom, którzy niejednokrotnie wywodzą się z ich rodzin. Krew leje się strumieniami, akcja nie uspokaja się ani na moment, gwałty i spiski są na porządku dziennym. Brzmi jak zapomniane dzieło poliziottesco, a tak naprawdę jest azjatyckim bękarcim bratem włoskiego kina akcji w jego najbardziej przemocowej wersji. Zarysowanie intrygi wydaje się ledwie możliwe, gdyż mamy do czynienia z taką ilością lewych sojuszy, potajemnych  rokowań i rozmów, że w pewnym momencie najzwyczajniej przestajemy się martwić kto z kim walczy. Plan jest jeden: utrzymać władzę na rozdartej wojną gangów Okinawie, ścierając się nie tylko z rywalizującymi gangami, ale i japońską mafią rozszerzającą swe kontynentalne wpływy.

Choć głównym bohaterem zdaje się być boss Hideo Nakazato (Hiroki Matsukata), to Sonny Chiba w roli szalonego Seigou Kunigamiego daje kolejny raz popis swych umiejętności w jednej ze swych najlepszych ról, dosłownie wypełniając sobą kadry w cudownie przerysowanym, brutalno-zwierzęcym pokazie aktorskiej mocy. Zaczynamy od pokazu karate w lokalnym barze, nieokiełznany Chiba szaleje w rytm funkowych motywów, ofiarami prócz ludzi są bogu ducha winne butelki piwa, lampy, stoły. Matsukata nie pozostaje mu dłużny, chwilę później w szaleńczym uniesieniu mordując kolejnych kilka osób. I tak przez cały film obserwujemy kolejne akty brutalności: należy do nich bestialska kastracja, rozjechanie samochodem czy egzekucja gangsterów nad świeżo wykopanym grobem. Między scenami akcji wkrada się nieco czarnego humoru, rozładowując atmosferę chaotycznej walki o władzę. W spektakularnym finale wpierw jesteśmy świadkiem świetnie zrealizowanego pościgu na jeepach, by poprzez balet śmierci wpłynąć na niespokojne wody wokół Okinawy, gdzie rozegrają się ostatnie akty dramatu. 

Sadao Nakajima, wraz z Shigeru Akatsuką rozgrywają całość szeroką paletą operatorskiego spektrum: od planu amerykańskiego po zbliżenia, często decydując się na ujęcia z ręki, podążają w samo centrum akcji, stając się jej integralną częścią. I choć Okinawa Yakuza War (Okinawa Yakuza sensô) nie jest tak popularny, jak produkcje Fukasaku czy Teruo Ishiiego, to dzięki swej nieprzewidywalności i nieobliczalności seans dzieła Nakajimy staje się dla fana gatunku absolutnym obowiązkiem.

2003 – Gozu (reż. Takashi Miike)

Simply

Niesłusznie zaliczany do horrorów surrealistyczny komediodramat wg scenariusza zdolnego do wszystkiego Sakichi Sato (Ichi the Killer, 2001). Do tego na marginesie zboczona kpina z „intymistycznego” nurtu w kinie gangsterskim. Gdzie Coppola, Scorsese i Kitano ukazywali ludzką twarz członków syndykatu portretując ich w rodzinnych pieleszach, tam podpatrzony przez Miikego szef yakuzy, prywatnie objawia się z jajami na wierzchu i chochlą kuchenną w dupie (tylko w ten sposób dostaje wzwoda, a to notoryczny pies na baby). Gdy yakuza Ozaki (znany z trylogii Dead or Alive Sho Aikawa) zaczynie zdradzać objawy galopującej paranoi, boss od chochli zarządzi cichą likwidację. Egzekutorem ma być brat Ozakiego, mocno związany z nim emocjonalnie Minami (Yuta Sone). W tym celu obaj zostają wysyłani w pseudo służbową podróż do Nagoi. Ozaki zginie, lecz całkiem przypadkowo. Dopiero jednak, gdy z samochodu tajemniczo znikną jego zwłoki, Minamiego pochłonie krąg coraz bardziej dziwacznych spotkań i sytuacji, będących dlań symboliczną przeprawą przez gąszcz własnej podświadomości.

Skąpany w ciepłej palecie zieleni i oranżów film, mimo powolnego tempa, wciąga niesamowicie. Z każdym kolejnym zdarzeniem coraz bardziej tracimy orientację, dokąd ta historia naprawdę zmierza. Co mimo braku spektakularnych scen, niezmiernie przykuwa do ekranu, bo w tym uniwersum może wydarzyć się wszystko i nic. Tytułowy Gozu, demon o byczej głowie okazuje się wyjątkowo czuły i potulny. Kim jest? Figurą z otchłani kolektywnej nieświadomości, przybyłą by oświecić bohatera nie wiedzą, a ciepłem swego ozora?

Marszcząc dalej interpretacyjnego fre(u)da można z kolei założyć, że hoża i seksowna panna (Kimika Yoshino), która pojawi się na drodze Minamiego z zupełnego zaskoczenia (nie zdradzę, w jakim charakterze), to zmaterializowana anima – kobieca część osobowości mężczyzny. Pytanie tylko, którego z braci? Dalsze wydarzenia wskazywałyby, że właśnie Minamiego, zahukanego prawiczka, którego pewność siebie skutecznie dotąd blokował dominujący macho Ozaki. Dlatego jego anima rozwinęła się tak dorodnie i okazale. Teraz, oswobodzony z miękkich kajdan swojej natury wyzwoli tłamszone męstwo i przejdzie do czynów heroikomicznie brutalnych, a obleśny boss „chochlik” wypije do dna, co nawarzył.

Do annałów filmowych ekstrawagancji przeszły dwie sceny: początek, gdy podczas yakuzowego briefingu w kafejce, oszalały Ozaki masakruje na miazgę pieska chihuahuę, oraz przebijający wszystkie fantazje Cronenberga 5-minutowy finał z wściekłym seksem, w trakcie którego kobieta rodzi dorosłego mężczyznę. Coś podobnego, choć w całkiem innym kontekście pojawiło się wcześniej w Xtro (1980) Harry’ego Bromleya Davenporta, a także w Evil Dead Trap (1988) Toshiharu Ikedy (akurat kontekst podobny, tylko rodził mężczyzna, przez klatkę piersiową). Nie mniej poród u Miikego, jako protoplazmatyczny Bildungsroman w pigułce, prezentuje się najbardziej szokująco. Film zebrał mieszane recenzje, przychylni krytycy zgodnie gęgali o logice marzenia sennego, porównaniach do dzieł Davida Lyncha itd. Mnie jednak w pierwszej kolejności przyszło na myśl pojęcie „dryfowania” (derive) – ukute przez francuskich sytuacjonistów, którzy zalecali schodzenie z utartych, codziennych szlaków i zapuszczanie się bez celu w rejony dotąd nie odwiedzane, dzięki czemu przestrzeń miejska odsłoni się w błysku niespodziewanych, poznawczych olśnień. Czymś takim jest właśnie cała przygoda Minaniego, według chaotycznego planu nieznanych sił prowadząca go do głębokiego samopoznania i przemiany. Swego rodzaju dryftem było też kiedyś dla mnie odkrywanie twórczości Miikego, znaczone kolejnymi, coraz bardziej zaskakującymi niespodziankami na drodze bezskutecznych poszukiwań drugiego Audition.

 

teksty ukazały się pierwotnie na portalu Panorama Kina:

https://panorama-kina.blogspot.com/2020/05/yakuza-eiga-gangsterskie-historie-z.html#more