logo
corman1-678x381

Roger Corman, mon amour

1964 – Grobowiec Ligei (reż. Roger Corman) – Kuba Haczek

wBM5IkKQoVDSSI3WrRfAJqQvmkW-1024x575

Po śmierci Lady Ligei (Elizabeth Shepperd), jej mąż, Verden Fell (Vincent Price) popada w ogromną rozpacz, nie mogąc sobie poradzić z odejściem ukochanej. Dopiero gdy na swej drodze spotyka Lady Rowenę (Shepperd w podwójnej roli), odzyskuje utraconą radość życia, rychło poślubiając piękną kobietę. I gdy wszystko wydaje się zmierzać w dobrym kierunku, przeszłość upomina się o mężczyznę, który w ruinach opactwa będzie musiał zmierzyć się z własnymi demonami. Ostatni obraz z cyklu Cormanowskich ekranizacji opowiadań Edgara Allan Poe to jeden z najlepszych filmów amerykańskiego reżysera. Nowela została dosyć wiernie zekranizowana, scenarzystą był Robert Towne (Oscar za Chinatown). Dzięki jego pracy fabuła jest zwarta i znakomicie poprowadzona, bez nagromadzenia niepotrzebnych wątków (twierdził po latach, że był to najtrudniejszy scenariusz nad jakim pracował). I choć początkowo zarówno Corman jak i Towne nie chcieli angażować do głównej roli Vincenta Price’a, m.in. z powodu jego wieku (głównym kandydatem był Richard Chamberlain), zostali zmuszeni przez wytwórnię AIP do zatrudnienia legendarnego aktora. Wyszło to jednak filmowi na dobre, głównie dzięki wielkiemu doświadczeniu Price’a w ukazywaniu udręczonych i zgorzkniałych postaci. To swoiste podsumowanie całego cyklu wypada i dziś nadzwyczaj dobrze – formuła cyklu, zdominowanego wielością scen we wnętrzach doczekała się w końcu oddechu i odświeżenia dzięki wyjściu w plener (pomogły zjawiskowe ruiny klasztoru Acre oraz Stonehenge). Film w stosunku do swych poprzedników zyskał też na dynamice choćby przez świetne jazdy panoramiczne, czy wspaniale uchwycone angielskie plenery (tutaj ukłon w kierunku doświadczonego operatora Arthura Granta, znanego z hitów wytwórni Hammer). Reżyser uważa Grobowiec Ligei za szczytowe osiągnięcie spośród własnych ekranizacji Poego, zaś po jego realizacji zdał sobie sprawę, że z twórczości pisarza nie jest w stanie wycisnąć już nic więcej. Późniejsze realizacje wytwórni AIP, już bez Cormana na pokładzie (Zatopione Miasto (1965) Jacquesa Tournera czy Zabójstwa przy Rue Morgue (1971) Gordona Hesslera) przepadły zarówno w kinach jak i w świadomości widzów.

1968 – Żywe Tarcze (reż. Peter Bogdanovich) – Kuba Haczek

screenshot-26

Bobby Thompson (Tim O’Kelly), prosty amerykański chłopak, mieszkający z żoną oraz rodzicami w Los Angeles, wyrusza z ojcem postrzelać na obrzeża miasta. Bezproblemowa atmosfera gęstnieje, gdy syn bierze ojca na muszkę strzelby. Wieczorem, kiedy domownicy zasiadają przed telewizorem, widzimy wyraźnie zarysowany schemat tej rodziny: nadopiekuńcza matka, władczy ojciec oraz popadający w marazm syn nie potrafią wyjść z zaczarowanego kręgu, którego granice zdefiniowano zapewne jeszcze w dzieciństwie chłopca. Nadchodzi poranek, Bobby staje na krawędzi szaleństwa: z zimną krwią morduje domowników, po czym wyrusza na przejażdżkę samochodem pełnym zakupionej wcześniej broni. Tymczasem, gdzieś na Bulwarze Zachodzącego Słońca, gwiazda klasycznych horrorów Byron Orlok (Boris Karloff), odchodzi na emeryturę. Choć producenci chcą z niego wycisnąć jeszcze kilka ról, decyzja aktora jest ostateczna. Byron nie rozumie czasów, w jakich przyszło mu spędzić końcówkę życia, czuje, że jego postacie nie mają nic do powiedzenia młodemu pokoleniu. Wraz z reżyserem Sammym (Peter Bogdanovich), panowie zostają zaproszeni do kina drive-in na seans ostatniego filmu Byrona, którym jest Strach (1963) Cormana. Ścieżki Bobby’ego i Byrona przetną się w tym świętym miejscu amerykańskiej popkultury, prowadząc do nieuniknionej konfrontacji przeszłości z teraźniejszością. Reżyserski debiut Bogdanovicha to film powstały w zasadzie dzięki przypadkowi: otóż Boris Karloff był dłużny Cormanowi dwa dni zdjęciowe. Bohater naszego tekstu „oddał” je swemu podopiecznemu Bogdanovichowi, współpracującemu z nim już na planie Dzikich Aniołów (1966). Warunek był jeden: film miał zawierać minimum 20 minut niewykorzystanych ujęć ze Strachu. Bogdanovich wiedział, że z tak spreparowanego materiału może wyjść solidny gniot, biorąc pod uwagę mikro budżet i ultrakrótki czas na nakręcenie. Zaproponował więc uwspółcześnienie scenariusza, z kilkoma odwołaniami do wspomnianego filmu swego mentora. Przy scenariuszu wydatnie pomogła mu towarzyszka życia, Polly Platt, oraz Samuel Fuller. Powstał jedyny w swoim rodzaju list miłosny do czasów odchodzących w przeszłość, a jednocześnie oskarżenie teraźniejszości. Reżyser dobitnie ukazał, iż na jego oczach umiera stara groza i rodzi się nowy sposób straszenia, zaś śmierć staje się codziennością. Samoistna przemoc, wyzwalająca się zasadniczo bez dodatkowych bodźców to problem, z którym Ameryka do dziś nie poradziła sobie w zadowalający sposób (pierwowzorem głównego bohatera był Charles Whitman, amerykański student, który w 1966 roku zastrzelił kilkanaście osób, uśmiercając ich seriami z karabinu z celownikiem optycznym). Film nie stał się hitem, dopiero po latach doczekał się należnego uznania (jego wielkim fanem jest Quentin Tarantino) i otoczenia kultem. Dziś mówi się o nim, że to najlepsza produkcja spod ręki Rogera Cormana.

1973 – I Escaped from Devil’s Island (reż. William Witney) – Simply

i-escaped-from-devils-island

„Dobra robota Marty, ale już kurwa nigdy więcej takiego gówna nie kręć. Masz robić swoje, autorskie rzeczy” – tym krótkim, żołnierskim tekstem, John Cassavetes zmienił bieg kinematografii, przekonując Marina Scorsese, by zrezygnował z reżyserii I Escaped from Devil’s Island. Bo taką właśnie propozycję złożył mu Roger Corman, po świetnym przyjęciu łotrzykowskiego dramatu Wagon towarowy Bertha (powyższego, Cassavetesowego „gówna”), który Scorsese w 24 dni zrealizował właśnie dla AIP. Marty rzucił się więc w wir pracy nad scenariuszem Ulic Nędzy (1973), a na reżyserskim stołku Diabelskiej Wyspy… zasiadł telewizyjny rzemieślnik William Witney. Diabelska Wyspa u wybrzeży Gujany Francuskiej to miejsce kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, założonej w czasach II Cesarstwa. Brzmi znajomo? Corman od zawsze odcinał kupony od famy aktualnych hitów, ale tym razem postanowił pójść o krok dalej. Franklin J. Schaffner był dopiero w połowie realizacji Papillona (1973), gdy nasz bohater czując przebojowe pismo nosem, wpadł na pomysł zrobienia błyskawicznego rip-offu, by wpuścić go do kin jeszcze PRZED premierą Papillona! Choć nie ma tu kreacji zdolnej choć minimalnie zbliżyć się do geniuszu Steve’a McQueena, obsada na pewno pozostaje jedną z mocniejszych stron filmu. W roli głównej wystąpił Jim Brown – ex gwiazdor futbolu amerykańskiego i pierwszy twardziel kina blaxploitation. Do tego człowiek o bardzo gwałtownym usposobieniu, co wiemy m. in. ze wspomnień Antonio Margheritiego. Jako towarzysz niedoli partneruje mu Christopher George, bardzo niewykorzystany, przedwcześnie zmarły aktor, dziś postać kultowa. Zrealizowany w Meksyku Devil’s Island… reprezentuje jakże znajomy typ taniego jak barszcz średniaka, którego się dobrze i bezstresowo ogląda. Prochu tu nikt nie wymyśla, za to brutalnych scen i śniadych cyców nie brakuje. Jednym z poważniejszych minusów jest sama scena ucieczki, wykonana po łebkach i mało wiarygodnie, choć patent na improwizowaną łódź jest całkiem oryginalny (skazańcy robią konspiracyjne pontony z świńskich skór, pozyskanych z polowej rzeźni). W części penitencjarnej idzie wyłowić dość nietypowe pomysły, jak więzienny gang gejów zwanych Fancy Boys, uszminkowanych i topiących ofiary z poderżniętymi gardłami w latrynie. Ogólnie bohaterowie mają tu więcej szczęścia niż ich koledzy z Papillona. Docierają na stały ląd, zaliczają obowiązkową wizytę w kolonii trędowatych, a gdy wpadną w łapy dzikich Indian, Jimowi Brownowi trafi się gorący seks z nieludzko napaloną dziewoją (piękny full frontal). Później, już w terenie zurbanizowanym, będą się ganiać po obskurnych fawelach z ścigającymi ich federales, a efektowne zakończenie uwieńczy niespodziewany cliffhanger. Plan Cormana powiódł się, premiera Devil’s Island… miała miejsce we wrześniu 1973, a Papillona w grudniu. Producenci tego ostatniego próbowali założyć sprawę o kradzież praw autorskich, lecz bezskutecznie. Sam film specjalnej furory nie zrobił, za to Jim Brown i Christopher George w strojach Adamowych wylądowali na rozkładówce magazynu Playgirl.

1995 – Diabelska Symfonia (reż. David Tausik) – Simply

bscap0009-768x511

XIX-wieczna Francja. Piękna Gabrielle (Jennifer Burns) przeprowadza się do posiadłości swego wuja; barona, kompozytora, i od lat nieboszczyka. Znajduje tam niedokończoną partyturę. Dzieło zdradza znamiona geniuszu, zatem rozpromieniona panna postanawia wynająć muzyka, który byłby zdolny rzecz sfinalizować. Jej wybór pada na Mariusa Carnot (Ben Cross), pianistę-samouka i nicponia notorycznie oszałamiającego się alkoholem w asyście kobiet podejrzanej konduity. Artysta gołodupiec, skuszony obiecaną gażą, tudzież urodą chlebodawczyni, ochoczo podejmuje twórcze wyzwanie. Och, gdyby tylko nieszczęsna para wiedziała, jak straszliwego dżina wypuszcza właśnie z butelki… Wujo bowiem pisał swą symfonię pod dyktando samego Belzebuba, za co pobożny motłoch rozerwał go końmi na majdanie. Teraz baron i jego leciwa ex-kochanka mają szanse powrócić jako dybuki w jędrnych ciałach Mariusa i Gabrielle, czego gwarantem jest dokończenie przeklętego utworu. Marius komponuje popadając w narastający obłęd, tymczasem jego znajomość z Gabrielle przeradza się w dziką namiętność. A w okolicy giną kolejne dziewki, uduszone strunami od fortepianu… Corman, wracając po latach do ukochanego gatunku, wyprodukował cudownie frenetyczny horror, podszyty bardziej romantyzmem niż gotykiem. Inspirowany Hangover Square (1945), zapomnianym arcydziełem grozy Johna Brahma. Film powstawał we współpracy z Mosfilmem, co zapewniło udostępnienie za darmo wnętrz i kostiumów użytych wcześniej w Wojnie i Pokoju (1967) Siergieja Bondarczuka. Produkcja utrzymana jest zdecydowanie bardziej we włoskim, niż Cormanowsko-gotyckim, czy Hammerowskim stylu. Pełno tu rozbuchanych jazd steadycamu a la Opera (1987), czy Kościół (1989), a w barokowo skontrastowanych zdjęciach Jewgienija Korzenkowa ożywa duch Bavy i Margheritiego. Ben Cross (Rydwany Ognia, 1981) zwyczajnie urodził się do ról romantycznych, stylowych straceńców. Frak i surdut nosi jak sam Oscar Wilde, a scena miłosna z nim i Jennifer Burns jest tak zwierzęco piękna i brutalna, jak rzadko w tym gatunku. Podobnie szermierczy pojedynek o kobietę, stopniowo coraz bardziej krwawy i sadystyczny. Fortepianowa muzyka Władimira Komarowa wnosi niezbędny, iście Lisztowki rozmach i dynamikę. Natomiast czy ultra trashowe entré diabolicznego barona zza grobu w finale było naprawdę konieczne, oto pytanie otwarte. Film jest produkcją telewizyjną, powstałą na potrzeby cyklu Roger Corman Presents, wyemitowanego prze sieć Showtime.

 

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Kinomisja.pl