logo
paul-verhoeven-verfilmt-boekklassieker-bel-ami-als-franse-serie

Na celowniku: Paul Verhoeven

1983 – Czwarty człowiekSimply

Fourth-Man-1983-3

Będący adaptacją powieści Gerarda Reve film grozy, który uświetnia jedna z najbardziej niepokojących czołówek w historii kina. Wielka na pół ekranu mucha walczy o życie miotając się w pajęczynie, jak się zaraz okaże rozpiętej na ramionach wiszącego na ścianie krzyża z Chrystusem. Po chwili pająk o nabrzmiałym, tłustym odwłoku powoli spaceruje po ciele ukrzyżowanego, sadowiąc się w końcu na jego twarzy (oczywiście krzyżak) i oplatając ją odnóżami, co przypomina Johna Hurta zakneblowanego facehuggerem z jaja Obcego.  Tak właśnie buduje Verhoeven całą filmową przestrzeń – na kształt strefy wolnocłowej między symbolem i konkretem, jawą i złudzeniem, sacrum i profanum. Jest to opowieść o chuci, objawieniu i ocierających się o magię koincydencjach. Być może tylko rojonych w przeżartym wódą i rują umyśle Gerarda, biseksualnego pisarza hedonisty (fenomenalny Jeroen Krabbé) – tego do końca nie wiadomo. Marząc dziko o nieznajomym, umięśnionym proletariuszu, bohater zostaje nieoczekiwanie uwiedziony przez luksusową fankę (Rene Soutendijk) na wieczorze autorskim. Gdy męski obiekt jego westchnień nagle pojawi się w jej apartamencie na prawach dochodzącego kochanka, opętańczo napalony Gerard postanowi zatrzymać się tam na dłużej.  Nie bacząc na to, iż pewne znaki (jeszcze rozdymane w jego wyobraźni do postaci sensorycznych koszmarów na jawie) od pewnego czasu zdają się alarmować o pajęczo-morderczych knowaniach zmysłowej i coraz bardziej zagadkowej gospodyni. Tak, odruchowe skojarzenia z późniejszym Nagim instynktem są jak najbardziej na miejscu. Czwarty człowiek to thriller (horror?) zdyszany, ostentacyjnie przewrotny i chwilami upojnie malarski (acz bez popadania w estetyczne swawole), a gdy najmniej się tego spodziewasz, krwawy jak diabli. Partia pokera grozy z mocnymi kartami i blefującej ironii, a może na odwrót. Twór wyobraźni tyleż niepohamowanej, co w pełni dojrzałej i władczej, jak przystało na filmowego besserwissera. I to jeszcze z okresu, kiedy najbliższy takiemu widzeniu David Lynch, dopiero siebie budował. Verhoeven dopuszcza tu również do głosu nader oryginalne postrzeganie wiary chrześcijańskiej i religijności w ogóle (sam jest autorem książki o życiu Jezusa). Dla niego epifania religijna jest doznaniem wywodzącym się z tego samego pnia emocji, co seksualna żądza, stąd liczne symetrie w przenikaniu i  nakładaniu na siebie obu tych symbolik. Ponadto – co obsesyjnie przewija się w wielu jego filmach – Holendra interesuje mechanizm autosugestii skrajnie podnieconego umysłu, zdolnego neutralne czy prozaiczne w treści obrazy przetworzyć w wizualizacje stanów ekstatycznych, wdrukowując je do świadomości w formie ikon i symboli. Celnie i zabawnie zostało to ujęte w scenie, gdzie łupina z jabłka jawi się zdychającemu z pożądania bohaterowi jako aureola nad głową niemowlęcia na rękach matki, uruchamiając wiadomy ciąg skojarzeń. U Verhoevena umysł religijny jest tak samo dionizyjski, jak u wariata czy człowieka owładniętego bez reszty miłością fizyczną i tak samo daleki od racjonalizowania tego, co się wokół dzieje. I odwrotnie, pożądanie od sacrum dzielą najwyżej milimetry, co Verhoeven uznaje za naturalne i pierwotne. I ma serdecznie gdzieś, że reszta świata oddzieliła te stany granicą możliwie najsilniej strzeżoną.

1985 – Ciało i krewKuba Haczek

1 OotxgzkpVby1SOYm23E9Tw

Zachodnia Europa, A.D. 1501 – obserwujemy oblężenie zamku, podczas którego dochodzi do kolejnych wybuchów i śmierci walczących. Najemnik Martin (Rutger Hauer) bierze z rąk rozdającego komunię księdza kielich i wsadza w brudną gębę kolejne płatki hostii, popijając winem z kufelka podanego mu przez oddziałową dupodajkę. Tak przygotowany rusza do walki na czele swej bandy. Stawka wygranej jest wysoka: szlachcic Arnolfini (Fernando Hilbeck), chcący odzyskać swój zamek, obiecał kompanii Martina prawo do łupienia zdobycznej twierdzy przez 24 godziny. Po wygranej bitwie wielmoża nie dotrzymuje jednak złożonej obietnicy i przepędza najemników. Martin poprzysięga zemstę, a dzięki przypadkowo schwytanej Agnes (Jennifer Jason Leigh), narzeczonej syna Arnolfiniego, Stevena (Tom Burlinson), ma w swych rękach solidny atut. Sytuacja robi się napięta, do odzyskania ukochanej rusza młody dziedzic, interesujący się wynalazkami i nowoczesnymi metodami walki; jakby problemów było mało, wokół szaleje mordercza zaraza… Początkowo fabuła amerykańskiego debiutu Verhoevena miała opierać się na niewykorzystanym pomyśle jeszcze z czasów serialu Floris i skupiać na konfrontacji między męskimi protagonistami. Wytwórnia Orion postawiła jednak warunek, wymagając na reżyserze wprowadzenie wątku Agnes w celu uromantycznienia całości. Kompromis na jaki poszedł Verhoeven, nie pomógł jednak w przyciągnięciu publiczności do kina – film był gigantyczną wtopą finansową (reżyser później wskazywał na interwencję wytwórni w scenariusz jako główny powód owej klapy). Okres Odrodzenia Verhoeven portretuje dynamicznie, bez zważania na wszelaką poprawność: dostaje się łasemu na złoto klerowi i dwulicowej władzy, ekran przepełniają knujący intrygi najemnicy, dziwki i ambiwalentni moralnie włodarze. Holender nie ucieka od dosłowności w scenie gwałtu na dziewiczej Agnes, nie tworzy też bohaterskich postaci rycerzy walczących w imię Boga, honoru, czy ojczyzny. Zainspirowany m.in. Dziką Bandą, Verhoeven pokazuje XVI wiek jako wyjątkowo okrutny, podły i zdegenerowany okres, zbyt często w kinie idealizowany i ukazywany jako baśniowo-romantyczny czas (vide Zaklęta w Sokoła Richarda Donnera z tego samego roku). Film ten ważny jest także z innego powodu: to na jego planie doszło do rozłamu między wieloletnimi przyjaciółmi. Otóż Hauer zaczął wpływać na reżysera, aby ten dodał jego bohaterowi nieco więcej pozytywnych cech, Verhoeven zaś uważał postać Martina za wieloznaczną i pełną sprzeczności, daleką od heroizmu. Po zakończeniu zdjęć panowie przerwali wieloletnią współpracę.

2006 – Czarna księgaSimply

black_book-1600x900-c-default

Polot i precyzja Cruyffa plus pierdolnięcie Van Nistelrooya – tak najkrócej określiłbym reżyserski rezultat powrotu Paula Verhoevena do gry w narodowej reprezentacji po trwających 20 lat występach na wyjeździe. Zrealizowaną w Holandii Czarną księgą nasz bohater wraca też po dłuższym czasie do tematyki okupacyjnej, choć po prawdzie nigdy od kina wojennego na dobre się nie oderwał. W końcu Ciało i krew to awanturnicza ballada z akcją na tyłach jednej z wojen religijnych wczesnego Odrodzenia, Pamięć absolutna jest klasyczną historią ruchu oporu, tylko w futurystycznym kostiumie, a Żołnierze Kosmosu to już pełna kronika całej kampanii wojennej, żeby było zabawniej naszpikowana subwersyjnie przetwarzanymi komponentami rodem z hitlerowskiego kina propagandowego. Tu jednak pola do żartów nie będzie. Czarna księga dotyka bowiem nie tylko najtragiczniejszych, ale i najbardziej haniebnych kart historii II wojny światowej w Europie: ludobójstwa, kolaboracji i szmalcownictwa na skalę przemysłową, które Verhoeven bezlitośnie spod dywanu wymiata. Korzysta przy tym z pełnego arsenału szokowych środków ekspresji, od dzikiej brutalności do niemal nazisploiterskiego wyuzdania, ale wszystko w imię naturalizmu ,,czasów pogardy”. Podobnie demaskatorski film raczej nie miałby szans powstać w Polsce. U nas, bez względu na system zawsze preferowano zasadę Johna Forda o ,,drukowaniu legend zamiast prawdy”. Do tej odwagi historycznej i obyczajowej dodajmy jeszcze ilość napięcia i plot twistów zdolne obdzielić co najmniej kilka filmów i otrzymamy jeden z najlepszych thrillerów XXI wieku. Holandia, rok 1944, naziole jeszcze trzymają się mocno, lecz gliniane nogi kolosa wyraźnie już zaczynają się kruszyć. Ocalała z pogromu szansonistka Rachel Stein (wspaniała Carice van Houten) nawiązuje kontakt z ruchem oporu. Z nowymi papierami na nazwisko Elis de Vries i blond fryzurą ,,na Jean Harlow” (włosy łonowe też farbuje), otrzymuje zadanie operacyjne: ma uwieść przypadkowo poznanego Hauptsturmführera SD i funkcjonariusza lokalnego Gestapo, Ludviga Müntze (Sebastian Koch) i założyć podsłuch w jego gabinecie. Na SS-mańskiej popijawie Elis robi furorę wykonaniem Sprośnej Loli (Ich bin die fesche Lola) Marleny Dietrich i zostaje ,,towarzysko” zaakceptowana, choć omal nie dekonspiruje się, rozpoznając w odrażającym zastępcy Müntzego kata swojej rodziny (jak się pan miewa, panie Tarantino?). Sytuacji skrajnego zagrożenia, wymagających błyskawicznego czasu reakcji i tytanowych nerwów, w których i sam J-23 rzuciłby ręcznik na liny, dziewczyna przeżyje bez liku, właściwie innych nie będzie. Wykona powierzone zadanie, ale po drodze  wszelkie priorytety i wektory moralne ulegną odwróceniu. Zakocha się ze wzajemnością w czułym wrogu, a dobroczyńcy, bohaterowie i legendy z podziemia okażą się bydlakami, poniżej wszelkiej skali podłości.  Perfekcyjny, składający kilka autentycznych sytuacji i postaci w fikcyjną całość scenariusz Gerarda Soetemana to nie tylko ociekający przemocą, seksem i ultra-suspensem thriller. To także zaskakująca replika Jak być kochaną (1963), ale przyrządzona według reguł kina akcji, nie refleksji. Elis, podobnie jak Felicja Hasa utraci wszystko, ale nie podda się rozpaczy i zacznie nowe życie z czystym emocjonalnym kontem. Godnie zasilając Verhoevenowską galerię silnych bohaterek pokonujących nie tylko najgorsze przeciwności, ale i nie dających się traumatycznym skazom po nich.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Kinomisja.pl