logo
blackjackk

It’s a man’s man’s man’s world – „Black Jack”, reż. Gianfranco Baldanello, 1968

„Tylko frajerzy się mszczą” – powiedział w Żądle Paul Newman. Jeśli to prawda, bohater  westernu Baldanello zasługuje na tytuł genseka międzynarodówki frajerów. Albowiem „Black Jack” Murphy nie tylko uczynił swoją zemstę  meisterwerkiem sadyzmu, ale też przy okazji sprowokował  najbardziej w historii kina zemsty dyskordialny i obosieczny efekt motyla, dzięki czemu Newmanowe ostatecznie zostaje na wierzchu.

Ale zacznijmy od początku.

Włoskich twórców realizowanego tanio i szybko kina gatunków nigdy nie było stać na aktorskie tuzy zza oceanu. Granicę możliwości w tej materii, dla spaghetti westernów w okresie „pre Leone” wyznaczali aktorzy pokroju doskonale transparentnego Camerona Mitchella, czy pierdołowatego Roda Camerona. Dopiero Sergio (być może zainspirowany wyborami Johna Sturgesa) ustalił jedynie słuszną w tych warunkach strategię castingową: nie stać cię na światowe gwiazdy? Wykreuj je sam! Po tym, jak błyskawicznie uczynił nimi drugorzędnego serialowca i bezrobotnego od paru lat epizodystę, producenccy „łowcy głów” jęli masowo przeczesywać plany filmowe, teatry i wybiegi męskiego modelingu, z nadzieją odkrycia drugiego Eastwooda czy Van Cleefa. Urodzony w stanie Colorado, aktualnie osiadły w Paryżu, Robert Woods występował na scenie w sztuce Czechowa, kiedy wypatrzył go hiszpański producent i reżyser Alfonso Balcazar. Metr dziewięćdziesiąt żylastego chłopa o chmurnym, południowym obliczu było dokładnie tym, czego szukał, lecz Woods nie wyraził zainteresowania graniem w westernie. Wyeksmitowany drzwiami Alfonso wrócił więc oknem, podsuwając pod nos kontrakt na pięć filmów pod rząd, plus czek z pokaźną zaliczką. Tak oto Czechowowski samowar zamienił się we flachę podłej whiskey niczym dynia w karocę i to na wiele  lat. Woods związał się  ze spaghetti westernem na dobre i na złe, rzadko zdradzając go z innymi gatunkami. W ciągu 10 lat zagrał w ok.20 westernach (m.in. My Name is Pecos, Gattling Gun, Belle Starr Story, czy Kill the Poker Player). Rosnąca sława potrafiła dopaść go nieraz w najbardziej niespodziewanych momentach. Jak podczas wycieczki do Senegalu, gdzie przerażony aktor został zatrzymany na lotnisku przez celników i odeskortowany do biura, ponieważ jeden z nich chciał się pochwalić synem o imieniu Pecos, na cześć bohatera  filmu bijącego w tym biednym kraju rekordy powodzenia.

Black Jack to sztandarowe dzieło zarówno w dorobku Roberta Woodsa, jak i reżysera Gianfranco Baldanello, westernowego drugoligowca z przebłyskami (I Lunghi Giorni dell’ Odia, 1968). Ten zgrzebny i kameralny film powstawał w koprodukcji z Izraelem. Dzikie, wymarłe plenery pustyni Negev idealnie odegrały rolę areny krwawych wydarzeń, roztaczając aurę jak z  minimalistycznych produkcji Monte Hellmana. Są różne szkoły kreacji westernowego mściciela. Trafiają się ludzie prawi od początku do końca jak płk. Mortimer, ale bywa i tak, że szlachetny początkowo mściciel z czasem staje się kanalią równą tym, którzy go skrzywdzili (Steve McQueen w Nevada Smith, 1966), a nawet jeszcze gorszą (George Hilton w A Bullet for Sandoval, 1969). Tu jednak ciężko bohaterowi sekundować nawet na początku, gdyż jest on czarnym charakterem już w momencie, kiedy go poznajemy. Ale ja lubię takich. Jack Murphy (Woods) wraz z siostrą i szwagrem, jako jedyni rezydenci zamieszkują jedno  najbardziej obleśnych ghost towns, jakie zawiera hojna oferta spag westowego „gnoju last minute”.  Błota à la Django może i nie ma (kwestia czasu i pogody), ale cały ten bajzel wygląda jak jakiś łemkowski przysiółek zaraz po akcji „Wisła”. Cała main street zagracona jest rozwalonymi beczkami, koszami i czymś w rodzaju palet do wózków widłowych, w wybitych oknach wiszą szmaty, a na ganku nad saloonem poniewiera się jakieś ciężkie do rozkodowania kieremesło.

jlk71-80ZRHF7GFDB-Full-Image_GalleryBackground-en-US-1485812224947._RI_SX940_

Jack przewodzi bandzie zbójów i właśnie opracował plan napadu na bank, tak bowiem zamierza za jednym zamachem wznieść sobie, rodzinie i narzeczonej „schody do nieba” ku dostatniemu i (quien sabe?) uczciwemu życiu. Dlatego nikt nie sprząta  obejścia, za chwilę wszyscy i tak stąd zwieją w luksusy. W końcu prawdziwi pogromcy Brudnego Zachodu często budowali swój kapitał bezwzględnym prawem kaduka, a gdy już stali się szacownymi notablami, nikt im tam w przeszłość nie zaglądał. Tego pokroju bohaterowie to sól ziemi gatunku, kłaniają się Karl Malden z Dwóch Obliczy Zemsty i Anthony Quinn z Ostatniego Pociągu z Gun Hill. Tacy jak oni pisali potem historię, nie kto inny. Ale Black Jackowi nie będzie to dane.

Taktycznie zaplanowany napad idzie jak po maśle, ale to banda wykona najtrudniejszą robotę. Jack, będąc mózgiem całej operacji, podczas podziału zażąda połowy łupu dla siebie. Kontrast między przystojnym i eleganckim szefem a niechlujną zgrają o nienawistnych, komiśnych ryjach bił po oczach już od początku i te pozory nie mylą. Banda odjedzie z całą dolą, a zmasakrowany Jack z przestrzelonymi kolanami i przeoraną nożem prawicą wprawdzie przeżyje, ale od tego momentu gdyby ktoś chciał mu zbadać aurę, będzie musiał w tym miejscu zapalić światło. Gdy protagonista dojdzie do siebie i w ramach treningu odstrzeli już zęby  wszystkim grabiom w okolicy, z wykręconą nienaturalnie stopą i sztywnym kolanem, ruszy na szlak. Pierwszego gamonia dojedzie w meksykańskim miasteczku, szczując na niego motłoch z widłami motywowany garściami złota i diaboliczno – homeryckim śmiechem Black Jacka z kulbaki. Dwóch następnych odlajkuje w opuszczonej kopalni złota i będzie to tour de force zimnego okrucieństwa bez cienia równych szans, a odbijany echem od skał rechot Jacka dopełni perfekcyjnego decorum vendetty człowieka, którego dusza umarła. Z Indianinem (Mimmo Palmara), największym skurwysynem, któremu ufał najbardziej, a który zgwałcił i oskalpował jego siostrę, Jack stoczy morderczą walkę wręcz, przy użyciu  kuli bojowej jak James Caan w Elicie Zabójców. Klasycznego pojedynku w saloonie przy pokerze też nie zabraknie.

7Fag2JE

Na deser Jack zostawi sobie Sancheza, swojego byłego zastępcę (znany z cyklu Winnetou, Rick Battaglia). Najpierw porwie jego nastoletnią córkę, czym zwabi go do rodzinnego gniazda – kurwidoła, by następnie  oddać typa w ręce dyszącego żądzą dintojry szwagra. I tu po raz kolejny potwierdzi się stare, Madonnowe „Italians do it better”, którego kontekst jest, jak się okazuje, znacznie szerszy, niż Madi pierwotnie zakładała. Baldanello przy okazji wpuści świeżą krew w tak wyświechtaną w spagwestach figurę stylistyczną, jak flashback. Zdradzę Wam finał, bo wiem, że i tak mi nie uwierzycie. Szwagier zacznie okładać Sancheza, wywiąże się bójka, gdzie ten drugi zdobędzie wyraźną przewagę i szwagroszczak  obskoczy regularny wpierdol na oczach nieinterweniującego Jacka. Wtedy Jack wywlecze z pokoju na wpół martwą ze strachu córkę Sancheza, przykładając jej nóż do gardła.  Liczne obrażenia głowy, jakie szwagier przed chwilą odniósł, spowodują u niego deliryczne omamy i na obraz dziewczyny i  Jacka z nożem, nałoży mu się wizja jego żony trzymanej przez Indiańca w tej samej pozie, zanim zdarł jej skalp. Otumaniony szwagier z wrzaskiem skoczy na Jacka i ożeni mu kosę w brzuch. Na ten widok Sanchez zbaranieje doszczętnie, by za sekundę dostać totalnej głupawki śmiechowej, turlając się po podłodze w spazmach na granicy pęknięcia żyłki. Przyznam, że nie pozostawałem mu dłużny. W ostatnim ujęciu wybuchnie ulewa, zamieniając cały majdan w apokaliptyczne bajoro, przez które final girl z final boyem brną nie wiadomo dokąd.

Black Jack to jeden z moich ścisłych faworytów w całym gatunku. Ultra grindhouse’owy spaguś, przegięty i empatyczny, oczywiście w nieoczywisty sposób.

Simpladero