logo
133848729_2844906645792509_4404961076192905634_n

Doktor Judym i Mister Sleaze: Jack the Ripper (reż. Jesus Franco, 1976)

Przedstawiona przez Jesusa Franco wersja historii Kuby Rozpruwacza cechuje się dość nieoczywistym spojrzeniem na legendę owego osławionego mordercy prostytutek. Z miejsca odrzucona zostaje nośna i często wykorzystywaną w popkulturze teoria jakoby za zabójstwami stał ktoś z kręgów rodziny królewskiej. Od samego początku znamy też tożsamość sprawcy: jest nim niejaki Dr. Orloff – w dzień oddany przysiędze Hipokratesa, w nocy zapamiętale szlachtujący dziwki. Franco nie buduje kryminalnej intrygi w stylu typowego whodunitu. Przyjmuje funkcję empatycznego kronikarza przyglądającego się „życiu i dziełu” zwyrodnialca.

Personalia winowajcy muszą wydać się znajome miłośnikom i miłośniczkom eurotrashu. The Awful Dr. Orlof (przez pojedyncze „f” w anglojęzycznym tytule) z 1962 roku stanowił przełom w karierze Jesusa Franco. Wykreowany w nim bohater przewijał się później przez filmografię Hiszpana aż do lat 80. włącznie; po drodze uwzględniając gościnny występ „niefrankistowski” w kuriozalnym Orloff Against the Invisible Man (1970) Pierre’a Chevaliera. Orloffem nad Orloffy był Howard Vernon, raz jeden w postać o tym nazwisku wcielił się również William Berger, natomiast Orloffem-rzeźnikiem z Whitechapel został Klaus Kinski. To czwarte i zarazem ostatnie spotkanie Szalonego Klausa ze Sprośnym Jessem. Kinski zagrał wcześniej sadystycznego playboya Ahmeda w Venus in Furs (1969), a także samego markiza de Sade w Justine (1969) oraz stokerowskiego Renfielda w Księciu Draculi (1970). Jednak dopiero jako Jack the Ripper zaliczył u „caudillo sleazu” występ pierwszoplanowy.

133731252_1077813855965122_6011086721077579508_n

Odziany w biały kitel Orloff niesie pomoc medyczną biedocie, w stylu godnym społeczników z nowel pozytywistycznych. Aby zobrazować jego praktykę, Franco ukazuje zabieg usunięcia jakiejś wyjątkowo paskudnej narośli – przeprowadzony „na żywca” i bez znieczulenia, za to z ogromną dozą empatii. Niemniej nawet szlachetny Doktor Judym może skrywać w sobie złego Pana Hajdowicza, tak też to, co wyczynia po godzinach ów na pozór stateczny dżentelmen, niechybnie przyprawiłoby o koklusz, globus i omdlenie niejedną Orzeszkową czy Konopnicką… oraz zwróciłoby baczną uwagę Roberta Stevensona. Gdy ulegający zbrodniczej naturze bohater wyrusza na łowy, widzimy zmroczoną cieniem klatkę schodową – w ujęciu charakterystycznym dla giallo, jakby wiodła na dno otchłani. Snującego się nocą wędrowca wabią córy Koryntu, wnętrza kabaretów i pospolitych zamtuzów. Doktor nie może liczyć w nich na laur złotego konsumenta – prędzej pozostawi po sobie na stoliku parę oderżniętych cycków, niż kilka pensów napiwku.

W odróżnieniu od szeregu innych „chirurgów wyklętych” – przewijających przez tanie euro-horrory bękartów po prof. Génessierze z Oczu bez twarzy (1960) – Orloff, w aktualnej inkarnacji, nie zamierza niczego tworzyć na bazie pokrojonych szczątków. Nie rekonstruuje żadnego straconego lica, nie zszywa najżałośniejszego choćby monstrum. Obarczony kompleksem wyrodnej matki-nierządnicy, udręczony przez nawiedzające go lubieżne majaki (zdające się sugerować, że jest bestią zrodzoną z toksycznych wyziewów kobiecych frustracji), znajduje ukojenie ze skalpelem w dłoni. Wyszukuje ofiary, zdziera z nich suknie (jakby pragnął upewnić się, czy płeć biologiczna pokrywa się z kulturową… lub zagwarantować bobrzaste fullfrontale) i znosi kolejne nieszczęśnice do wypełnionej egzotycznymi roślinami oranżerii. Dozorczyni Flora (lub Frieda, w zależności od kopii) empatycznie świadkuje dokonywanej tam zbrodni, po czym pomaga zatrzeć ślady. Rozczłonkowane ciała trafiają z łódki w nurt Tamizy. Wędkujący regularnie na jej brzegu prostaczek Charlie (Herbert Fux) nie ma pewności, co złowi na haczyk – rybkę, czy pipkę. A może odciętą dłoń z pierścionkiem należącym do zamordowanej w prologu ulicznicy.

Mimo iż rzecz opowiada o Kubie Rozpruwaczu, bardzo wiele tu zapożyczeń z The Awful Dr. Orlof, w końcu Franco niejednokrotnie mielił te same patenty. Na przykład znajomo wygląda scena sporządzania portretu pamięciowego – w tym wypadku przez siostrzański kolektyw kurtyzan w asyście sekundującego im ślepego dziada o ponad normę wyczulonym węchu! Podobizna sprawcy, która wysłania się na papierze potrafi jednakowo rozbawić. XIX-wieczna Anglia została przefiltrowana przez wyobraźnię „ojca chrzestnego sleazu”, toteż nie powinno specjalnie zaskakiwać, że do państwowych gmachów wpuszczane są dziwki z gołymi cyckami pod prześwitującą koronką, a orkiestra w klubie przygrywa na podejrzanie współcześnie wyglądającym instrumentarium.

133828896_257031825990099_4306008586142123814_n

To jeden z tych bardziej „komercyjnych” projektów Jessa. Reżyser pracował na większym niż zazwyczaj budżecie, zapewne to i owo mu narzucono. Ujęcia są klasyczne, nie uświadczymy typowego dla jego twórczości z lat 70. „deformowania rzeczywistości” prowadzonym z ręki szerokokątnym obiektywem. Pojawia się wprawdzie deliryczna sekwencja koszmaru, ale logika snu nigdy nie bierze góry nad klarownością fabuły. Mniej jest też muzyki, a trochę za dużo dialogów. W momentach „proceduralnych” – gdy obserwujemy przesłuchania – film robi się statyczny i przegadany. Najciekawiej wypada oczywiście wtedy, gdy śledzimy milczącego Klausa.

Najważniejszym środkiem aktorskiego wyrazu stają się dla Kinskiego oczy. Ekstremalne zbliżenie na zimne ślepia wprowadza na ekran graną przez niego postać. Niesamowita jest też scena, gdy w milczeniu wyrasta przy powozie Cynthii, narzeczonej polującego nań inspektora Scotland Yardu. Swoją drogą, zarówno postać, jak i sytuacja są zakoszone bezpośrednio ze scenariusza do pierwszego Orloffa z 1962 roku. Uroczej balerinie, którą odtwarza Josephine Chaplin (mniej znana niż Geraldine córka Charliego), przypadnie później honorowa funkcja „final girl”. Pokazująca się w epizodzie Lina Romay doświadczy odmiennego sortu zaszczytu…

134111192_199758078486479_7218947452870469557_n

Materiał do filmu zrealizowano w przeciągu 8 dni, w imitującym wiktoriański Londyn Zurichu. Kinski miał się okazać zaskakująco ułożonym współpracownikiem. Zależało mu na możliwie najszybszym zakończeniu zdjęć, aby udać się do Paryża, gdzie jego trzecia żona, pochodząca z Wietnamu modelka Minhoi Loanic, oczekiwała syna. Pracowano intensywnie od świtu do późna wieczór, toteż znużenie, które nosi na twarzy Orloff niekoniecznie musiało być przez Klausa udawane. Szwajcarski producent Erwin C. Dietrich dziwił się podążającej za aktorem złej famie. Jak stwierdził: „Dopóki płacisz mu pensję na czas, nie masz z nim żadnych problemów”. Ale nie obeszło się bez przykrego incydentu. Pewnego razu poza kadrem Kinski zaczął dusić Herberta Fuxa, charakterystycznego brzydala przewijającego się przez drugi plan wszelakiej euro-obskury. Nieborak, choć przewyższający Klausa wzrostem, był tak przerażony, że w obawie o życie odmawiał występu w scenie, w której grana przez niego postać ginie z rąk Orloffa.

Spragnieni mocnych wrażeń widzowie (i widzki) mogą do pewnego momentu odczuwać niedosyt. Czy wraz z umiejscowieniem fabuły, Franco nie nabrał aby angielskiej flegmy, a nie zaniedbał kontynentalnego sleazu? Wolniejsze fragmenty ostatecznie wzmagają na efekt szoku. Wygłodniali zostaną nakarmieni i to być może obfitszą porcją niżby byli w stanie przełknąć. Jess dowali prosto w ryj srogą szowinistyczną chamówą, zdolną wytrącić ze strefy komfortu niejednego toksycznego mizogina (i niejedną toksyczną mizoandryczkę).

133869672_196965088789464_4262907301635615334_n

Znienacka, w niewielkiej rólce kabaretowej artystki, wykonującej sprośną piosenkę o dupie Maryni, pojawia się towarzyszka życia i wielka muza reżysera. I jak na taką przystało, zostaje wyróżniona w ujmujący sposób – udziałem w najbardziej zwyrodniałym fragmencie. Jedyne w historii ekranowe spotkanie Liny Romay z Klausem Kinskim to wybuchowy mariaż latynoskiej sensualności z germańską furią. Orloff dopada dziewczynę w stylowo oświetlonym parku, dźga parokrotnie ostrzem w podbrzusze (co w zbliżeniu rejestruje czujne oko kamery) i gwałci z niebywałą agresją, wpierw opartą o pień drzewa, później powaloną na glebę. Orgia cierpienia zdaje się ciągnąć bez końca; napastnik przewozi łódką ledwie dychające dziewczę, by w rajskim zaciszu oranżerii posiekać ją żywcem. O ile już Orloff ad. 1962 ciął nagi biust dygoczącej ofiary, co zostało zobrazowane krwawą smugą płynącą w ślad za skalpelem (bardzo śmiałe zagranie jak na tamten czas!), tak Orloff z 1976 roku amputuje cyce z subtelnością drwala-przemocowca, w pełnej glorii wolnego od niedopowiedzeń, trashowego gore. Zaprawdę słusznego upgrade’u doznały efekty. Jakby Rozpruwacz starał się nie tylko trzymać rękę na pulsie bieżących trendów (patrz: The Crimes of the Black Cat z Anthonym Steffenem), ale i pozostać w awangardzie wobec rzeczy, które nadejdą; wyprzedzając o krok swego następcę z ojczyzny Kaczora Donalda – vide: The New York Ripper (1982) Lucio Fulciego.

Czy to oznacza, że mamy do czynienia z dziełem żerującego na najniższych instynktach widowni bezdusznika? Nic bardziej mylnego. Zaproponowane przez Jessa Franco końcowe rozstrzygnięcie losu zabójcy ujawni tkwiące w artyście pokłady empatii i pójdzie na przekór zarówno znanym z kronik faktom, jak i fabularnym kliszom, o przede wszystkim oczekującej na „krew bestii” publiczności. Taniego rewanżu nie będzie. Nie stanie się nawet zadość poczuciu dziejowej sprawiedliwości. O heroizmie (lub lekkomyślności…) final girl wszyscy zapomną. Legenda Kuby Rozpruwacza pozostanie żywa.

Wongo