logo
111

God’s Away On Business, czyli z Diabłem za pan brat cz.III

Kochana, sprzedam twoje serce za dolara i jeśli szukasz kogoś, kto wyciągnie cię z dołka to masz pecha.
Statek tonie, przeciek jest w kotłowni.
Ubodzy, kulawi, ślepi?
Kim są ci ludzie, którzy są u władzy: mordercy, złodzieje, prawnicy?
Boga tu nie ma, wyjechał w interesach.
Wykopywanie trupów łopatą i kilofem to praca jak każda inna,
zaś krwawy księżyc wschodzi przynosząc zarazę i powódź.
Przyłącz się do motłochu, bo to już koniec.
Boga nie ma, Boga nie ma, Boga nie ma, wyjechał w interesach.

H.

 

Bractwo Szatana (Brotherhoood of Satan, 1971) – reż. Bernard McEveety – haku

01

Podczas rodzinnej podróży do babci, Ben (Charles Bateman), Nicky (Ahna Capri) oraz ich córka K.T. (Geri Reischl) trafiają do małego miasteczka Hillsboro, w którym histeria osiąga właśnie apogeum – ktoś brutalnie morduje tam młode małżeństwa i porywa ich dzieci. Pozostali przy życiu mieszkańcy boją się opuszczać swych domostw, miasteczkiem rządzi lęk, strach i paranoja. Ten i ów szuka pocieszenia w Biblii, inny w butelce, zaś do walki z niewidzialnym złem stają szeryf (L.Q. Jones), ksiądz (Charles Robinson) oraz doktor Duncan (Strother Martin). Szybko okazuje się, iż w Hillsboro utworzony został diabelski kowen pod przywództwem wspomnianego doktora, którego celem wkrótce staje się K.T. – dziewczynka jest im potrzebna do wypełnienia obrzędu, dzięki któremu kultyści staną się nieśmiertelni.

Powstałe w 1971 roku Bractwo Szatana śmiało można potraktować jako swoistą kontynuację jednego z najbardziej wpływowych satanistycznych filmów, czyli Dziecka Rosemary. I choć fabuła Bernarda McEveety’ego (działającego głównie na obszarze amerykańskich seriali telewizyjnych) odchodzi od dwuznaczności zawartych w dziele Polańskiego, w obu obrazach konkluzja jest podobna: świat pełen jest sekt sterowanych przez starców i starczynie, którzy/re za obietnicę nieśmiertelności i przywilejów poświęcają życie niewinnych. Tym, co zwraca szczególną uwagę przy okazji seansu Bractwa Szatana jest znakomicie uchwycona, momentami wręcz nieznośna atmosfera napięcia i panicznego strachu, wyczuwalna w każdym kadrze, od początkowych scen zawiązujących intrygę na kalifornijskiej pustyni po finałowe jej rozwiązanie (na myśl przychodzi arcydzieło Fulciego, Miasto Żywej Śmierci, 1980). Duża w tym zasługa ścieżki dźwiękowej autorstwa Jaime Mendoza – Navy, boliwijskiego muzyka i aranżera, który ozdobił swoimi dźwiękami wiele pereł amerykańskiej obskury. Umiejętnie dopasowany soundtrack mami widza pozytywkowymi dźwiękami, by w finale uderzyć w patetyczne, chóralne tony zwiastujące triumf zła. Do paranoicznego klimatu idealnie dopasowują się aktorzy, szczególnie zaś współautor scenariusza, L.Q. Jones, jako zblazowany, przepocony i odpalający jednego szluga za drugim szeryf,  oraz Strother Martin, wydobywający ze swej postaci demonicznego przywódcy sekty zaskakująco ironiczne cechy, balansujący przez to na granicy aktorskiego przeszarżowania, lecz nigdy jej nie przekraczający.

Finałowa scena satanicznego obrządku, nad wyraz dobrze wykonana jak na niskobudżetową produkcję, odwołując się do europejskiego dziedzictwa horroru zostawia widza w tak rzadkim w kinie poczuciu rozedrgania i niepokoju, co sprawia, że należy go docenić jeszcze mocniej. Całkiem niedawno film został odrestaurowany i wydany przez Arrow Video, dzięki czemu możemy w końcu w pełni zasmakować walorów dzieła McEveety’ego i śmiało uznać go dziś za kultowy.

 

Magdalena, vom Teufel besessen (AKA The Devil’s Female, 1974) – reż. Walter Boos – Caligula

249336668_897011461204305_7821566344958885564_n

RFN-owski rip-off Egzorcysty (1973). W odróżnieniu od  większości podróbek hitu Williama Friedkina, Magdalena, vom Teufel besessen nie ogranicza się do bezrefleksyjnego odtwarzania zawartych w nim najbardziej efektownych scen, ale proponuje własne, sprośne podejście pełne ekscesów. Film rozpoczyna scena, w której zmęczona po całym dniu pracy sexworkerka odrzuca zaloty natarczywego lowelasa i kieruje się w kierunku domu. Nie będzie jej jednak dane zaznać spoczynku tej nocy, bowiem na bramie strzegącej wejścia do kamienicy znajduje ukrzyżowanego starca. Tajemnicze zabójstwo będzie zaczątkiem prawdziwych dziwów: dorastająca w internacie wnuczka denata zostaje tej samej nocy opętana przez demona, który ze skromnej, przykładnej uczennicy przeistacza ją w wyuzdaną nimfomankę…

I tak oto, tytułowa Magdalena zrzuca odzienie i zaczyna kusić mężczyzn na prawo i lewo obietnicą krzesania wulwy, po czym z miną niewiniątka wzywa pomocy i oskarża wiedzionych na pokuszenie o gwałt (można więc śmiało posłużyć się w tym przypadku wyświechtanym sformułowaniem, że „film jest dzisiaj nawet bardziej aktualny, niż w momencie powstania”). Podczas pierwszego ataku demonicznego opętania dziewczyny, jedna z jej koleżanek kwituje rezolutnie całe zajście słowami „Nic dziwnego że się pochorowała, jest tak spięta, że żyje praktycznie jak zakonnica”, podczas gdy jej współlokatorka pakuje jej rękę w majtki szepcząc czule „To nigdy nie mogłoby się nam przytrafić !”. Niedługo potem Madzia (przed momentem toczyła pianę z ust na podłodze, który to widok skłonił jedną z jej opiekunek do przypuszczenia „Wyglądało jak atak padaczki”, na co inna zaprzeczyła „Nie, wcale nie!”) biega świecąc gołą yoni po korytarzach szkolnego przybytku i wywala z kopa drewniane drzwi, rozbijając je na drobne drzazgi. Meble i przedmioty na strychu zaczynają lewitować, szaleństwo zostało spuszczone z łańcucha. Opętane dziewczę robi się całkiem nieprzewidywalne, co rusz przechodząc od słodyczy do wulgarności i nęcąc swoim źródełkiem przypadkowych samców. Nie zna dziewczyna świętości kompletnie, toteż podczas wizyty w kościele obwieszcza księdzu z ujmującą prostotą: „Chcę przyjąć komunię… ale nie w usta, tylko w cipę!”, by niedługo potem gołymi rękoma podrzeć na strzępy oprawną w skórę biblię.

Potencjał bluźnierczy zostaje tutaj zatem wykorzystany z pewnym naddatkiem i kieruje się ku prawdziwie rogatej rozpuście, kulminacją której jest gwałt dokonany – na całe 8 lat przed Bytem Sidneya J. Furie – na naszej psotnej uczennicy przez niewidzialnego napastnika. Wcielająca się w główną bohaterkę Dagmar Hedrich wykonuje swe zadanie z pełnym poświęceniem, dzięki czemu w trakcie seansu częściej widujemy ją w negliżu, aniżeli w przyodzieniu. Tym samym warto zaznaczyć, że Magdalena, vom Teufel besessen więcej wspólnego ma z włochatym bawarskim erotykiem, aniżeli z szatańskimi zakusami. Jeśli jednak, podobnie jak niżej podpisany, pękacie każdorazowo ze śmiechu przy scenach w których Regan sika na dywan lub grubym głosem wykrzykuje słynne „Twoja matka ssie kutasy w piekle” to gwarantuję, że dzieło specjalisty od sprośnych rozbieranek Waltera Boosa (m.in. pięć części niezwykle popularnej w swoim czasie serii Schulmädchen-Report [1970-1978]) zapewni Wam mnóstwo ogniofrajdy.

 

Diabelski pies (Devil Dog: The Hound of Hell,1978) – reż. Curtis Harrington – Patryk Karwowski 

248262102_420084492823521_8028733310142298106_n

Gdy owczarek niemiecki zaczyna warczeć, wbija w ciebie ślepia i szczerzy kły, naprawdę wolałbyś zmierzyć się z ludzkimi zastępami sługusów szatana niż z piekielnym wysłannikiem pod postacią psa. Z rozjuszonym diabelskim psem nie masz szans. Ale zanim czworonóg pokazał swoje demoniczne oblicze, był przytulanką, słodkim szczeniaczkiem, który skradł serca rodzeństwa Charliego i Bonnie, dwójki dzieciaków z przedmieść. My, widzowie, wiemy od razu, że pies jest zły. Gdy psiaka oferuje dzieciom obwoźny sprzedawca warzyw i owoców, wcześniej poznajemy jegomościa jako członka satanistycznego kultu, który był w trakcie wdrażania swojego niecnego planu. Kultyści wybrali bowiem sukę owczarka niemieckiego ze schroniska, by potem ofiarować ją księciu ciemności. Co tam się działo w trakcie mszy, aż wstyd tu napisać. Było gęsto, słodko i grubo. Summa summarum, odrobaczone szczeniaki trafiły pod strzechy i tam zaczęły siać ziarna niepewności wśród średniej klasy. W piętrowych domkach, wśród gładko przystrzyżonych trawników, przy niedzielnym obiadku rośnie potężna siła, która wkrótce sprzeniewierzy ci dzieci i żonę.

Tak, punkt wyjścia jest niedorzeczny, ale seans Diabelskiego psa tak długo jest satysfakcjonujący, jak długo będziesz przyjmować bezkrytycznie koncept z wszystkimi jego przypadłościami. Osobliwy pomysł to bowiem jedno, liczy się tutaj nastrój, miejsce tytułu w historii gatunku, niekoniecznie wykonanie. Curtis Harrington, reżyser, który z niejednego gatunkowego pieca chleb jadł, wykreował pożądaną atmosferę nie tylko dzięki historii jako takiej, ale głównie dzięki wykorzystaniu zdolności kręcenia za grosze. Nie ma tu ściemniania, a my dość szybko zdajemy sobie sprawę, że będzie skromnie, co nie znaczy, że przaśnie. Weteran Harrington zebrał tu niezłą ekipę, a główną rolę powierzył doświadczonemu Richardowi Crennie, który zagrał w ponad 100 filmach, ale widzowie kojarzą go głównie z roli  pułkownika Samuela Trautmana z serii filmów o Johnie Rambo. Crenna wcielił się u Harringtona w ojca rodziny, jedyną osobę, która zdaje się być odporna na urok psa. Walczy z siłami ciemności i nie traci spokoju ducha, nawet gdy wstaje o trzeciej nad ranem i przyłapuje dwójkę swoich nastoletnich dzieci i żonę na odprawianiu czarnej mszy na strychu. Znamienne jest także to, że w dwójkę dzieciaków, tutaj ulubieńców naszego psa – antagonisty, wcieliła się Kim Richards i Ike Eisenmann, ulubieńcy Disneya, którzy na plan satanistycznego Diabelskiego psa weszli chwilę po angażu do Ucieczki na Górę Czarownic i w trakcie kręcenia serialu Disneyland. Nie sposób również nie zatrzymać się na chwilę choćby przy warstwie muzycznej. Szatańskie wersety odegrał tutaj Artie Kane (jako pianista współpracował m.in. z Frankiem Sinatrą i Quincy Jonesem), który dzięki kilku raptem taktom spowodował, że każdy krzyż z miejsca obracał się na ścianie.

Warto zachęcić do seansu także z uwagi na to, że jako horror Diabelski pies sięga do naszych najgłębszych lęków. Cóż bowiem może bardziej przerażać niż to, że to właśnie nasz pupil, najlepszy przyjaciel człowieka, może okazać się dla nas największym zagrożeniem? Czy Diabelski pies sprawdza się więc również jako animal attack? Tylko poniekąd, chociaż predyspozycji miał z naddatkiem. Z pewnością jako klasyk śmieciowego kina telewizyjnego wpisuje się w cykl horrorów, które sięgały wówczas po te szlachetne zwierzęta z Zoltanem, psem Draculi (1978, Albert Band)  i The Pack (1977, Robert Clouse, szczególnie polecam) na czele. Bezpośrednią inspiracją dla Diabelskiego psa mogły być również piekielne ogary, które pomagały Damienowi w Omenie (1976, Richard Donner). Najbardziej znacząca dla całego utworu jest tutaj osoba reżysera, Curtisa Harringtona, który w horrorze „robił” od dekad, a w samym kinie od lat 40. Za sterami usiadł w wieku lat 16, kiedy to nakręcił krótkometrażową wersję Zagłady domu Usherów E.A.Poego. Światły więc był to umysł, niestety nigdy nie było mu po drodze z większymi budżetami i piszę tu „niestety”, bo chociażby przez tę szufladkę kina niskobudżetowego i niszowego dzisiaj twórca wciąż pozostaje nieznany. Nasza więc w tym rola, by tego twórcę kina awangardowego, współpracownika Rogera Cormana i Kennetha Angera, przybliżyć czytelnikom, choćby przez takie dokonania jak Diabelski pies. B-klasa pełna niepokojącego uroku, ważna w kontekście kina satanistycznego, doprawdy nakręcona za napiwki.

 

I Don’t Want to Be Born (1978) – reż. Peter Sasdy – Caligula

249466897_3039476026292510_8830642545288533626_n

Pierwsze zaskoczenie następuje już w trakcie napisów początkowych. Oto naszym oczom ukazuje się oblicze kobiety przeżywającej intensywny orgazm. Po chwili okazuje się, że to nie orgazm, tylko poród. Znajdująca się w ostatniej fazie stanu błogosławionego Joan Collins rodzi syna, który – zgodnie ze słowami lekarza „nie chce się urodzić”. Ów syn z biegiem czasu okaże się być – jakżeby inaczej – diabłem wcielonym. Matka wkrótce dostanie pazurami po twarzy, a w pokoju dziecięcym zaczną odchodzić dantejskie sceny, jakby właśnie nawiedzili go członkowie The Who w imprezowym nastroju. Z retrospekcji dowiadujemy się, że bohaterka imieniem Lisa (z niewiadomych przyczyn w niektórych wersjach dubbingowych przemianowana na Sharon, stąd też jeden z alternatywnych tytułów filmu brzmi Sharon’s Baby) swego czasu była tancerką w podrzędnych klubach, gdzie robiła za Esmeraldę z Katedry Marii Panny w Paryżu (1831) Viktora Hugo. Pewnego wieczoru jej sceniczny partner, lubieżny karzeł, zaczął ją napastować. Lisa odrzuciła jego awanse, w związku z czym nieborak przeklął ją, zwiastując że jej dziecię będzie Antychrystem. Nie pogubiliście się jeszcze? To lecimy dalej. Niemowlę rośnie w zastraszającym tempie i jest coraz silniejsze: zostawione z opiekunką podtapia ją w kąpieli, a gdy to nie odnosi zamierzonego skutku, wpycha biedaczkę do stawu w trakcie spaceru, rozwalając jej głowę o kamień (wciąż mówimy o berbeciu kwilącym w wózku z gondolą, żeby była jasność). Następnie zaczyna po kolei policzkować każdego nieboraka, który zechce przyjrzeć mu się z bliska – nie widzimy w kadrze samej czynności, jedynie postać z zakrwawionym nosem po fakcie. Należy więc podejrzewać, że osesek ma krzepę Mike’a Tysona. W związku zaś z faktem, że dzieciak jest nadpobudliwy, od poczęcia lekarz i rodzice szprycują go środkami uspokajającymi. Od czasu do czasu jego rozhisteryzowana mamuśka ma dodatkowo zwidy, za sprawą których buźka szkraba przeistacza się w oblicze obłapiającego ją karypla…

Mało? W pakiecie dostajemy scenę łóżkową między dwójką rodziców, którzy przed wskoczeniem w pielesze zastanawiają się czy zajrzeć do pokoju dziecięcego. Z pomysłu rezygnują, stwierdzając że skoro jest cisza, to znaczy że pociecha śpi. I dalej, obmacywać się i turlać przez całą szerokość łóżka. Ale zło nie śpi, o nie! Po tym jak bobas wymorduje większość otoczenia (w tym dekapitując przy użyciu łopaty lekarza położnika odtwarzanego przez zdezorientowanego przez większość czasu Donalda Pleasence), do akcji wkracza importowana z Włoch zakonnica (jedna z pierwszych ról filmowych Eileen Atkins, która popisuje się tutaj – nie wiedzieć czemu – siermiężnym akcentem tawariszcza zza Żelaznej Kurtyny), która robi mu kilka razy „The Power of Christ Compels You”, czyni nad nim międzynarodowy znak krojenia pizzy na czworo, odczytuje kilka wersów z katechizmu po łacinie i po sprawie. Moc nieczysta pod postacią zbereźnego karła została pokonana przy akompaniamencie pląsających w negliżu tancerek.

Jak nietrudno wyczytać z tego skondensowanego opisu, dzieło Petera Sasdy’ego (kilka lat później da światu równie kuriozalne The Lonely Lady, w którym Ray Liotta gwałci Pię Zadorę przy użyciu szlaucha) to prawdziwe tour de force zdebilenia, crème de la crème nieudolnych szatańskich rip-offów. Kręcony z pokerową twarzą Bustera Keatona popis nieudolności, który zaskakuje praktycznie na każdym kroku. I jako taki z czasem doczekał się grona sympatyków, z lubością celebrujących kolejne wpadki i poronione pomysły twórców. Ciężko bowiem wyobrazić sobie, co czuła obsada podczas czytania scenariusza, dlaczego uznani aktorzy pokroju Pleasence’a i Atkins nie zerwali kontraktu. Jedynym, który tak naprawdę zdaje się dobrze bawić w tym burdelu opanowanym przez kretynów jest John Steiner, wcielający się we właściciela klubu ze striptizem i byłego fagasa bohaterki. W momencie, gdy widzimy jego wysuszoną maskę okutaną w habit kwaśny tryper heksowego zgąbczenia mózgu sięga zenitu, a my jako widzowie nie mamy innego wyjścia, jak poprosić o kolejny strzał.

 

Bezbożny (The Unholy, 1988) – reż. Camilo Vila – Mariusz Czernic

The Unholy 1988

„A kto nie ma pokus?” – stwierdził Tadeusz Rydzyk mówiąc o grzechach pewnego księdza. Z podobnego założenia wyszli autorzy tego filmu, którzy na początku umieścili scenę kuszenia osoby duchownej przez kogoś w rodzaju sukkuba, demona pod postacią seksownej kobiety. Na ołtarzu kościelnym, pod okiem Jezusa Chrystusa i patronki parafii, świętej Agnieszki, dochodzi do świętokradztwa. Proboszcz, choć stara się bronić, ulega pokusie i zostaje zamordowany przez jakąś diabelską (a może boską!) siłę. Po trzech latach w parafii pojawia się nowy proboszcz, ojciec Michael (Ben Cross), któremu przydarzyła się niesamowita historia – został wyrzucony z okna mieszkania na 17. piętrze i nie doznał żadnych obrażeń. To sprawia, że dla hierarchów kościelnych staje się wybrańcem do walki ze Złem. Arcybiskup zleca mu zadanie przywrócenia do życia świątyni w Nowym Orleanie, którą przed laty zamknięto z powodu niewyjaśnionych morderstw.

Całkiem zacną obsadę ma ten film – w rolach przedstawicieli Kościoła wystąpili Ben Cross (Rydwany ognia, 1981), Hal Holbrook (Wszyscy ludzie prezydenta, 1976) i Trevor Howard (kpt. Bligh w Buncie na Bounty, 1962), natomiast postać policjanta zagrał Ned Beatty (Uwolnienie, 1972). Scenariusz Philipa Yordana (Mściciel z Laramie, 1955) powstał już w latach 70. i jego celem było zdyskontowanie sukcesu Egzorcysty (1973) Williama Friedkina. Gdy tekst trafił na biurko kubańskiego reżysera Camilo Vily, ten zapragnął stworzyć ambitny thriller z interesującym podejściem do tematyki religijności i motywem księdza, który mimo nauczania o niebie i piekle, sam ma wątpliwości co do ich istnienia. Oczywiście, co nieco z jego ambitnej wizji się ostało, w końcu nie zmieniono głównego reżysera. Wytwórnia Vestron oczekiwała jednak czegoś efektownego i szalonego, dlatego zaangażowano do projektu fachowca od charakteryzacji i efektów specjalnych – Boba Keena. On wyreżyserował sceny z udziałem demonów, które miały uczynić z kryminalno-religijnego thrillera rasowy horror o większym potencjale komercyjnym.

Niech was nie zwiodą cenione w branży nazwiska aktorów. To jest owszem klasyk, ale stawiany na tej samej półce, co klasyki VHS należące do grupy „guilty pleasures”. Dialogi bywają nieprzyjemne dla ucha, postacie i intryga są sztampowe, obraz cechuje się przesadnym oświetleniem, a reżyser nie zawsze radzi sobie z utrzymaniem tempa. Ale to, co w niniejszym artykule najbardziej interesujące, czyli motywy diabelskie, tutaj robi wrażenie. Gdy akcja wydaje się toczyć spokojnym rytmem, „po bożemu”, nagle daje o sobie znać szatańska kreatywność i furia.

 

Kościół (La Chiesa, 1989) – reż. Michele Soavi – Simply

church-1000x600

Wystawna i estetycznie dopieszczona włoszczyzna o pozorach mainstreamowej propozycji na wieczorny seans w porządnym kinie. Nie dajcie się jednak im zwieść! To mamiący produkcyjnym splendorem świętokradczy italo-mindfuck, który wśliznął się do świątyni X Muzy od opętanej przez demony zakrystii. Pomysł na przedsięwzięcie wykiełkował w głowie producenta Daria Argento podczas prac nad scenariuszem niedoszłych Demonów 3. Skrypt z akcją tym razem na pokładzie samolotu powstawał pod okiem Dardano Sacchettiego i Franco Ferriniego i nie zadowolił nikogo. Pomysł nieźle wyglądał na papierze, ale wybitnie ograniczał przestrzeń dla kamery, jak i ruchu wewnątrzkadrowego. Argento zwrócił się więc ku swym wcześniejszym fascynacjom twórczością Fulcanelliego, alchemika i badacza tajemnic katedr gotyckich, którego studiował pracując przy Inferno (to on jest protoplastą postaci architekta Varelliego), a pomysł z opętanym kościołem zaczął nabierać kształtów. Opracowanie od podstaw nowego scenariusza wymagało czasu, toteż kandydat na reżyserski stołek, Lamberto Bava, wolał nie czekać i zajął się pracą dla telewizji. Dario zaproponował więc Michele Soaviego – swojego byłego asystenta i wschodzącą gwiazdę italo-horroru, świeżo po błyskotliwym debiucie. Soavi otrzymał  niczym nieskrępowaną reżyserską wolność, co szybko przyniosło efekty. Gdy soundtrack zaangażowanego przez Argento prog rockowego idola Keitha Emersona wybitnie nie przypadł mu do gustu, poważnie go okroił (,,To się nadaje najwyżej do napisów początkowych”, ,, Zero atmosfery”, ,,Jakieś bombastyczne marsze, w sam raz na fanfary dla karabinierów!”). Ponure, organowe largo Emersona Soavi skontrował wybraną osobiście kompozycją Philipa Glassa o pulsującej, rozmigotanej teksturze, idealnie współbrzmiącą z dynamiką obrazów (reżyser zaangażuje też Fabio Pignatelliego z grupy Goblin). Nade wszystko zaś wymyślił agresywny prolog z średniowieczną masakrą pogańskiej wioski; nie tylko przykładnie wrzucając widza od razu na głęboką wodę, ale też formując diabelski cień, który położy się na przyszłych wydarzeniach wybitnie odrażającym, bo jakże znajomym konturem.
 
Powiadają, że największym sukcesem Szatana jest przekonanie ludzkości o jego nieistnieniu. Ale kto wie, czy nie lepiej wyszło mu wejście w skórę tych, którzy się do tego przekonać nie dali, ewangelizując krwią i żelazem pod znakiem krzyża. W pierwszej scenie krzyż (symbol ofiary i przemiany) zostaje odarty z sacrum, stając się emblematem katów. Śmierć  ofiar nie zostaje odkupiona, ani nie nie będzie odkupieniem niczego. Krzyże wycięte na stopach wieśniaków to rzekomy symbol Szatana, krzyże na płaszczach rycerstwa to znak Baranka. W efekcie ów znak traci wszelką tożsamość, można nim frymarczyć do woli. Jego moc kończy się tam, gdzie kończy się władza tego, kto się nim pieczętuje. Narzuca to logikę Czarnej Mszy, będącej desakracją i odwróceniem porządku tej prawdziwej, także przez wypaczenie sensu ukrytego w symbolach. Zbiorowa mogiła pogan zostanie przywalona potężnym krzyżem, mającym blokować siłę nieczystą (w istocie zrodzoną z czynów ludzi kościoła, masowych morderców), zaopatrzonym w płaskorzeźbę siedmiookiej, koziej mordy, zapewne podpatrzonej w  Odmiennych Stanach Świadomości Ken Russella. Na tym wszystkim wzniesiona zostaje katedra, bastion strzegący ode złego. Faktycznie zaś portal do Piekła, o czym wie biskup o srogim wejrzeniu Fiodora Szalapina juniora (przedłużenie roli Jorgego z Imienia Róży). Architekt który zaprojektował budowlę skonał na torturach, spoczywa w krypcie, a jego czerep zaciska w zębach dźwignię do mechanizmu samozniszczenia kościoła, na wypadek zerwania blokady tunelu komunikacji z otchłanią.
 
Tu zaczyna się właściwa historia, w której niektórzy uczestnicy początkowej rzezi reinkarnują w ciała współczesnych. Pogańska wieśniaczka (Barbara Cupisti) to teraz konserwatorka zabytków która odnawia infernalny fresk, będący przedziwną mieszaniną motywów z Boscha i Fra Angelico. Jej zabójca, teutoński rycerz (Tomas Arana) pojawi się w skórze nowego, katedralnego bibliotekarza, a dziecięca ofiara masakry (czternastoletnia Asia Argento) jest córką kościelnego. Dorosła para nawiąże romans z kompletem rekwizytów z zestawu ”Umberto Eco dla początkujących” w tle. Szyfr tajemniczego manuskryptu, złamany przez bibliotekarza w chwili  olśnienia podczas seksu z konserwatorką, zostanie zinterpretowany, jako klucz do poznania i władzy nad światem. Śmiałek naruszy wielooką, kamienną pieczęć nie przeczuwając, jak sromotnie wierzga właśnie przed ościeniem! Uwolnione demony wejdą w ciała i dusze ludzi na terenie kościoła, a linearnie dotąd prowadzona fabuła, niczym diabelskie zwierciadło z Królowej Śniegu rozpryśnie się na szereg luźno powiązanych, fragmentarycznie kontynuowanych wątków i scen.  Soavi nie pierwszy i nie ostatni raz dowiedzie wyjątkowego talentu w inscenizowaniu zapierających dech mise-en-scenes. Film jest wspaniale, sfotografowany i zmontowany, a połączony efekt pracy kamer stacjonarnych i steadycamu nada obrazom zmiennego erotycznego rytmu, gdy opętani zaczną zadawać sobie i innym ból. Nie zabraknie nawet elementów creature features jak łysa harpia – odbicie facjaty kościelnego w lustrze, czy legwan z piekła rodem wyskakujący z chrzcielnicy na twarz opętanego nastolatka (zdecydowanie powinno być tego więcej). Kim zatem jest tu Diabeł personalnie? Rozproszone tropy i niedomówienia podsuwają bluźniercze konkluzje. Diabłem jest sama katedra, połączona układem krwionośnym strachu, szaleństwa i śmierci z uwięzionymi wewnątrz. Kłania się nieśmiertelny Bostończyk i jego Dom Usherów.
 
We Włoszech, gdzie bardzo restrykcyjnie traktowane są kwestie sakralne, uzyskanie zezwolenia na realizację horroru wewnątrz Domu Bożego okazało się niemożliwe. Udało się dopiero w Budapeszcie, gdzie sowite honorarium zmiękczyło niezłomność serc tamtejszego kleru. Film nakręcono w XI-wiecznym kościele Św. Macieja, który na okres zdjęć został poddany dekonsekracji. Wyjątkiem była zerżnięta co do kadru z Dziecka Rosemary scena Czarnej Mszy i seksu Barbary Cupisti z Bafometem (mistrz make-upu Rosario Prestopino odwalił piękną robotę). Pożądany fragment przestrzeni od Świętego Macieja został w skali 1:1 odtworzony w studio De Paolis w Rzymie i tam sfilmowano całe  plugastwo.

 _84506772_hi028048367

Idźcie! Oto posyłam was jak owce między wilki.