logo
santa-klaus

Santa Klaus, czyli święta z Kinskim – „Z Klausem przez świat, cz.2″

Mówił, że nie przygotowuje się do ról, nie czyta scenariuszy, jedynie wchodzi w interakcję z reżyserami. Mówił, że filmy interesują go głównie jako źródło pieniędzy. Uważał się za sprzedajną dziwkę, zawód aktora traktując jako możliwość dobrego zarobku. Mówił, że większość reżyserów to idioci, operatorzy to laicy, zaś publiczność go nie rozumie. Całe  życie reżyserował siebie. Był człowiekiem o tysiącu twarzy, prawdziwej nie pokazując nigdy. Stał się potworem, tyranem, legendą.

Stało się już tradycją, że co roku okres świąteczny poświęcamy filmom z jego udziałem. Nie inaczej jest i teraz. Dziś proponujemy tekst zbiorowy, w którym Mariusz Czernic z Panoramy Kina, Caligula z La Fin Absolue Du Monde oraz Haku recenzują kolejne „horrendalne filmy” w których grał, jeśli tylko pieniądze się zgadzały. Zapraszamy do lektury oraz seansów.

 

Der Rote Rausch (1962, reż. Wolfgang Schleif) – Mariusz Czernic

Der Rote Rausch 1962

Do roku 2002 film był uważany za zaginiony i nie miał wielkiego wpływu na karierę Kinskiego, ale nie będzie chyba przesady w stwierdzeniu, że rola w tym filmie ma ogromne znaczenie jeśli chodzi o kształtowanie aktorskiej osobowości bohatera niniejszego zestawienia. Wcześniej uchodził za solidnego aktora drugoplanowego, odkąd za rolę Ottona Bawarskiego w Ludwigu II (1955, reż. Helmut Käutner) otrzymał nominację do Niemieckiej Nagrody Filmowej. W dziele Wolfganga Schleifa, które można przetłumaczyć jako Czerwona gorączka, Klaus pierwszy raz pojawił się w głównej roli i otrzymał duże pole do popisu w niełatwej, skomplikowanej psychologicznie kreacji. Uciekinier z zakładu dla obłąkanych przestępców trafia na gospodarstwo rolne, gdzie zostaje wzięty za uchodźcę. Znajduje tam pracę, dach nad głową i szacunek, którego do tej pory nie doświadczył. W jego psychice tkwi zapalnik, który uruchamia się na widok czerwonego naszyjnika (stąd tytuł, nie mający nic wspólnego z komunizmem). Zbieg pamięta tylko zimne i nieprzyjemne cele zakładu i jedyne czego pragnie to nigdy nie wracać do tego miejsca. Zapomniał jednak dlaczego został odizolowany od społeczeństwa i wysłany na leczenie. Widz oczekuje teraz, że jego skłonności zaczną stopniowo wychodzić na jaw, ale – co ostatecznie może prowadzić do rozczarowania – intryga zmierza w stronę dramatu psychologicznego, a nie kryminału czy thrillera. Sama obecność Klausa Kinskiego jednak nie rozczarowuje, bo stworzył tu wiarygodną, mocną kreację dramatyczną. W scenariuszu – opartym na powieści Eduarda Rheina piszącego pod pseudonimem Hans-Ulrich Horster – widać odwagę twórczą. Starano się ukazać psychopatę od ludzkiej strony – jako człowieka zagubionego, zaczynającego rozumieć, że nie jest w stanie uciec od zła, ponieważ zło tkwi w jego psychice.

 

Das Verrätertor (1964, reż. Freddie Francis) – Mariusz Czernic

Das Verratertor 1964

Adaptacja powieści Edgara Wallace’a pt. Brama zdrajców (The Traitor’s Gate, 1927), należąca, jak wiele innych filmów inspirowanych twórczością Wallace’a, do nurtu krimi, pokaźnej kolekcji nieco już zapomnianych dzieł niemieckiego kina gatunkowego. Jednakże za realizację Bramy zdrajców w dużej mierze odpowiadali Brytyjczycy związani m.in. z wytwórnią Hammer – reżyser Freddie Francis wraz ze scenarzystą Jimmym Sangsterem nakręcili dla tego studia znakomity thriller Paranoiac (1963) z Oliverem Reedem. Brama zdrajców to film nieco gorszy jakościowo, ale dla miłośników podgatunku heist movie może stanowić atrakcyjną rozrywkę. Rzecz dotyczy kradzieży klejnotów koronnych, ulokowanych w pilnie strzeżonej historycznej budowli Tower of London. Najważniejszym punktem planu jest odbicie z więzienia młodego przestępcy (Gary Raymond), który – tak się akurat dziwnie składa – jest sobowtórem naczelnego strażnika twierdzy, gdzie znajdują się pożądane przez złodziei kosztowności. Klaus Kinski zagrał milczącego, zimnokrwistego zabójcę, postać typową dla jego wczesnego wizerunku, ale to zdecydowanie coś więcej niż epizod. Czasu ekranowego ma dużo – pojawia się już w prologu, pomagając przestępcy uciec z więzienia, a scenariusz pozwala mu nawet dotrwać do finałowej akcji na łodzi. Można go również zapamiętać z nawyku typowego dla… dziecka – wkładania palca do pyska. Najbardziej kluczowy fragment filmu, czyli napad rabunkowy, prezentuje się całkiem nieźle – jest dynamiczny, trzymający w napięciu i wizualnie bez zarzutu. Jednakże cała strategia, opierająca się na zastąpieniu strażnika sobowtórem, jest niedorzeczna. Oprócz Kinskiego zwracają uwagę charyzmatyczni młodzi wykonawcy: Gary Raymond (Nagle, ostatniego lata, 1959) i Catherine Schell (Lana – Królowa Amazonek, 1964). Jest także element komediowy pod postacią Eddiego Arenta w roli turysty, będącego przypadkowym świadkiem zbrodni. Wisienką na torcie jest scena striptizu, którą pomysłowo zmontowano z dokonanym przez Kinskiego zabójstwem.

 

Bestia zabija z zimną krwią (1971, La Bestia uccide a sangue freddo a.k.a. Cold Blooded Beast a.k.a. Slaughter Hotel – reż. Fernando Di Leo) – Haku

6329e236293b6b404c792b7ba617cc7fc73481042f55748270f1c302344d104b._V_SX1080_

Sprośne kuriozum spod ręki jednego z najbardziej utalentowanych scenarzystów i reżyserów włoskiego kina gatunkowego, szczególnie znanego z arcydzieł kina poliziottesco. Zanim jednak Fernando Di Leo oddał się całkowicie policyjnym kryminałom opowiadającym o mrocznych interesach mafijnych, nakręcił jeden z najbardziej szalonych obrazów włoskich lat 70. Bestia… to fantazja erotyczna z elementami horroru i giallo, dziejąca się w specyficznym bezczasie rzecz o płciach (dwóch) i ich nieskrępowanych marzeniach: w położonej na odludziu klinice dla niezrównoważonych psychicznie kobiet, zamaskowany morderca rozpoczyna mordercze łowy. Jego ofiarami padają seksualnie niewyżyte, rozemocjonowane erotyczną atmosferą pensjonarki; podejrzany o morderstwa zostaje profesor Clay (Klaus Kinski), który znany jest z niekonwencjonalnych metod leczenia in persona. Przedmiotami zbrodni są zaś narzędzia używane niegdyś do tortur, będące częścią wystroju kliniki (sic!).

Di Leo przyznawał w wywiadach, że za realizację Bestii… odpowiada przypadek, który spowodował, iż reżyser decydując się na udział w projekcie, zapragnął wyciągnąć na wierzch wszystkie absurdy obecne w scenariuszu autorstwa mało znanego Nino Latino. Fabuła jest pełna dziur, nielogicznych zachowań bohaterek/rów i zupełnie odczapowanych czerwonych śledzi. Całość zaczyna się niczym rasowy gotycki horror z elementami erotyki, by szybko przepoczwarzyć się w quasi giallo na bazie dramatu z życia wyższych sfer, nieco na kształt popularnych thrillerów Umberta Lenziego. Najważniejsza jest tu jednak erotyka i beztroskie podglądanie nagich ciał pacjentek kliniki, przez co film dryfuje w rejony soft (a w wersji podrasowanej po latach nawet hard) erotyki. Oszałamia swoją niezgrabnością, mnogością niepotrzebnych wątków, przypadkowymi dialogami. Wrażenie chaotyczności podkreśla ścieżka dźwiękowa autorstwa Silvano Spadaccino, z chwytliwym, swingującym tematem głównym. Za to finał obrazu to już rasowy, odjechany Grand Guignol – zwabiony w pułapkę morderca robi użytek z kiścienia, w szalonym widzie atakując i mordując każdego, kto wpadnie mu pod broń. Filmowane z ręki sceny pozostawiają niezapomniane wrażenie, na co zwrócili uwagę także cenzorzy, przyznając Bestii… we Włoszech kategorię V.M. 18 (tylko dla dorosłych widzów).

Klaus, mimo iż będący na czele listy płac, pojawia się w filmie przez zaskakująco krótki czas, na dodatek jest wybitnie zblazowany i zmanierowany w swej roli, skupiając się na przeczesywaniu grzywki i robieniu dobrej miny. To symptomatyczna dla jego kariery sytuacja: aktor często łapał byle jak napisane role, w których nie wysilał się bardziej niż podczas porannej defekacji, ważne było dla niego tylko, by zgadzała się wysokość gaży. Show siłą rzeczy kradną więc rozbierające się chętnie panie i ich wdzięki: Rosalba Neri i Margaret Lee. Szczególnie ta pierwsza ochoczo szczuje cycem i nie tylko, kreatywnie dogadzając sobie co i rusz (choć za sceny masturbacji, dokręcone z dublerką, chciała pozwać producentów filmu). Podsumowując, Bestia zabija z zimną krwią zadowoli każdego miłośnika euro eksploatacji, dla fanów aktorskiego kunsztu Klausa będzie zaś jedynie miłym dla oka suplementem.

 

Haine (1980, reż. Dominique Goult) – Caligula

hhh

Kinski jako bezimienny motocyklista, który przejazdem zatrzymuje się w małym miasteczku gdzieś na północy Francji. Miejscowi patrzą nań spode łba, co nie dziwi, gdy zważyć że niedawno w okolicy doszło do wypadku motocyklowego, w którym zginęła mała dziewczynka, a sprawca uciekł z miejsca zdarzenia. Konflikt pomiędzy przybyszem, a tubylcami staje się faktem, gdy ten pakuje się do łoża kochance miejscowego prowodyra… Stojący za kamerą Dominique Goult miał za sobą kilka filmów pornograficznych, a Haine stanowić miało jego pełnoprawny debiut. Na papierze pomysł wyglądał zapewne przekonująco, jako połączenie thrillera i pesymistycznego dramatu. Widać ślady inspiracji Nędznymi psami (1971), tyle że to zupełnie nie ta liga. Przewija się tu narracja o psychologii tłumu, ale scenariusz wyraźnie nie jest w stanie sprostać wygórowanym ambicjom niedoświadczonego twórcy. Aby nadać historii powagi i wieloznaczności, Goult stawia na niedopowiedzenia, który to zabieg miast mnożyć interpretacje jedynie zaciemnia obraz sprawy. Wychodzi z tego zatem głównie hicksploiterski pomiot, który jednak nie dostarcza odpowiednich emocji. Sekwencje akcji zrealizowane są w sposób chałturniczy, a wiele spośród scen służy za jałowe wypełniacze. Cały wątek romansu motocyklowego przybłędy z lokalną „kurwą” graną przez Marię Schneider (której jedyną winą – co przemycane jest między wierszami – był fakt, że zaszła z niewłaściwym chłopem) pozostaje kompletnie niewykorzystany. Przy czym oddaję, że Haine ma dobre momenty, ale jako całość wygląda jak efekt sabotażowych zapędów Klausa, który ponoć zmył się z planu przed ukończeniem zdjęć (pozostałe sceny z udziałem jego bohatera reżyser dokręcił korzystając z usług kaskadera, który przez cały czas skrywa oblicze za przyłbicą kasku, również w momentach, gdy noszenie kasku kompletnie nie ma sensu). Z drugiej strony – w tej niedoskonałości tkwi też cały urok przedsięwzięcia, które co rusz potyka się (podobnie jak główny bohater, który miast być ostatnim sprawiedliwym, z reguły wychodzi na skończonego pierdołę), sugeruje poważniejsze tony, by ostatecznie utknąć – niczym motocykl bohatera – na bagnach. Finał jest gorzki, ale przy tym kompletnie bezsensowny: gdy już zaczyna się rozkręcać kulminacyjna spirala przemocy, wyspecjalizowany w zbliżeniach na włochate sromy reżyser dochodzi do wniosku, że od pełnego efekciarskiej przemocy exploita woli nakręcić nihilistyczny moralitet. Morał zaś jest prosty i doskonale znany z setek innych, znacznie lepszych tytułów: trza się trzymać z dala od wieśniaków, bo nigdy nie wiadomo kiedy łeb ci ukręcą. Pozostaje melancholijne, zdezorientowane spojrzenie Kinskiego, który – jak rzadko kiedy – jest tu potulny i bezbronny. Pełen wrodzonej, ale utemperowanej charyzmy, która kilkukrotnie znajduje ujście, by zaraz na powrót zniknąć za matową blendą motocyklowego kasku.

 

Jesus Christus Erlöser (2008, reż. Peter Geyer) – Caligula

jesus-christus-erloeser-1360x765

Nie jestem Jezusem z twojego kościoła. Tym, który jest akceptowany przez policjantów, bankierów, sędziów, katów, oficerów, przywódców kościelnych, polityków i innych przedstawicieli władzy. Nie jestem twoją supergwiazdą, która odgrywa swoją rolę na krzyżu. I którą uderzasz w twarz, gdy wychodzi ze swojej roli, by nie mogłazawołać do ciebie: „Mam dość tej całej pretensjonalnej pompy i wszystkich twoich rytuałów! Twoje kadzidło jest obrzydliwe. Śmierdzi spalonym ludzkim ciałem. Nie mogę już dłużej znosić twoich świętych uroczystości. Możesz modlić się ile wlezie, ja i tak nie słucham. Zachowaj wszystkie swoje idiotyczne zaszczyty. Nie mam z nimi nic wspólnego. Nie jestem filarem pokoju i bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa, które osiągasz gazem łzawiącym i policyjnymi pałkami. Nie jestem też gwarantem posłuszeństwa i porządku. Porządku i posłuszeństwa w poprawczakach, więzieniach, zakładach dla obłąkanych. Jestem tym nieposłusznym, wiecznie niespokojnym, który nie mieszka w żadnym domu…

Kinski wychodzi na scenę. Opanowany i skupiony. Zaczyna recytować liczący 30 stron monolog, w którym przedstawia swoją interpretację Nowego Testamentu. Dopasowaną do współczesnych realiów, uwypuklającą wywrotowy charakter działalności Chrystusa. Zebrana w berlińskim Deutschlandhalle publiczność słucha w ciszy. Z rzadka pojawiają się pojedyncze oklaski, kiedy aktor wypluwa z siebie oskarżenia pod adresem establishmentu lub nawiązuje do będącej na ustach całego świata wojny w Wietnamie. Z czasem do nieśmiałych braw dochodzą pierwsze okrzyki i zaczepki słowne skierowane w stronę gwiazdy wieczoru. Że to nadęty kabotyn i hipokryta, który za bilet na swój występ żąda 10 marek, po to by potem ze scenicznego podestu prawić morały o chciwości rządzących i potrzebie równego podziału dóbr pomiędzy wszystkich. Że się sprzedał, grając w tandetnych kryminałach kręconych dla masowej publiki. W końcu na scenę wchodzi jeden z widzów i stwierdza, że to co reprezentuje sobą najsłynniejszy niemiecki człowiek kina i teatru nie ma nic wspólnego z Jezusem. Wściekły Kinski wyrywa mikrofon z ręki krytykanta i wrzeszczy za nim „Jezus by cię wybatożył, ty głupia świnio!”. Mało brakuje, aby na odchodne kopnął biedaka w dupę. Czy Kinski to Chrystus? Czy w tym momencie wierzy, że jest inkarnacją Jezusa? Czy widownia w to wierzy? Lub też wierzy w to, że Kinski wierzy że jest Jezusem?

Artystyczna katastrofa jaką okazało się być wystawienie monologu pod tytułem Jesus Christus Erlöser 20 listopada 1971 roku wydaje się wypływać z niemożności rozróżnienia sztuki od życia, kreacji scenicznej od prawdy. Kinski, który już na tamtym etapie był międzynarodową gwiazdą, wzbudzał swoim zachowaniem skrajne reakcje zarówno w ojczyźnie, jak i poza nią. Rodzima publika zebrana tego wieczoru na sali wydaje się nie być pewna czy aktor prowokuje czy też może naprawdę identyfikuje się z postacią Zbawiciela. Niektórzy zapewne – jak przypuszczał po latach Werner Herzog – to zwykli zadymiarze, którzy celowo wysupłali te 10 marek, by zasiąść na swoich miejscach i wkurwiać słynącego z temperamentu rodaka aż do momentu, gdy ten straci cierpliwość i zaprezentuje jeden ze swoich popisowych ataków szału. A Kinski chce po prostu powiedzieć ten pierdolony 30-stronicowy monolog, tylko co chwila ktoś mu przerywa, toteż w istocie, zgodnie z wszelkimi przewidywaniami, na efekty nie trzeba długo czekać. „Ujadaczy” zaprasza na scenę z jasnym nastawieniem „chodź tu, to ci jebnę, kołtunie”. Wznawia raz po raz przedstawienie, próbuje odzyskać skupienie, ale jest już za późno. Wreszcie przerywa spektakl stwierdzając: „Jeśli ci z was, którzy przyszli słuchać, nie pozbędą się tej hołoty, to wydaliście kasę nadaremno”. I schodzi ze sceny. Wraca na nią, ale nastrój dalej jest nietęgi, mało brakuje, aby skończyło się jakąś napierdalanką pod sceną, niczym na koncercie Iggy’ego i Stoogesów. Jest jednak show. Nie takie może, jakiego oczekiwałyby wpatrzone w idola dziewczęta z kwiatami we włosach, istoty upstrzone brokatem, o rozmarzonych krowich oczach, które widziały wiele wolnej miłości w swym krótkim życiu. Dla nich Klaus wystąpi jeszcze raz, już po oficjalnym zakończeniu wydarzenia. Ponownie skupiony, choć wciąż jeszcze poirytowany, odegra w końcu swego hipisowskiego Jezusa dla garstki wybranych apostołów, do których zstąpi ze sceny, stając się człowiekiem z krwi i kości. Ukryty w wypowiadanych spokojnym głosem słowach sens zrozumieją jedynie nieliczni. Choć: czy na pewno? Czy tej nocy Kinski naprawdę był Chrystusem? Czy myślał, że jest Chrystusem? Czy my myśleliśmy, że jest Chrystusem?

 

Ekipa „Z Klausem przez świat”

 

Źródło baneru: www.vendicazzariuniti.com