logo
enzo-g-castellari-in-franco-nero_48097630000

„Pracowałem w każdym filmowym zawodzie” – wywiad z Enzo G. Castellarim

Wywiad został przeprowadzony przez Johna Martina, Jaya Slatera i Gianmarco Stacciariego oraz opublikowany w ostatnim, czwartym numerze „Giallo Pages”. Opracowanie i tłumaczenie: haku

 

Enzo – wielu włoskich reżyserów przyjmuje anglojęzyczne pseudonimy, Ty jednak zrobiłeś na odwrót – zmieniłeś jedno włoskie nazwisko na inne – dlaczego?

Jak wiesz, moim ojcem był Marino Girolami, również reżyser – a ja zmieniłem własne nazwisko na rodowe mojej matki – coś mi się zdaje, że popełniłem błąd…

Opowiedz nam w takim razie, jak powstała Wasza rodzina filmowców?

Mój ojciec w młodym wieku stał się jednym z europejskich mistrzów bokserskich, zakończył jednak dobrze zapowiadającą się karierę w wieku 20 lat, otwierając szkołę bokserską i gabinet masażu. Traf chciał, że spotkał w swojej szkole słynną wówczas włoską aktorkę, Anna Magnani, nie wiem czy ją kojarzysz?

Oczywiście.

Bardzo ważna osoba, partnerka filmowa Burta Lancastera i Marlona Brando, laureatka Oscara – wspaniała w pierwszym filmie Rosselliniego. Otóż jej syn miał problem z mięśniami nóg, które zaczął leczyć w gabinecie masażu mojego ojca. W krótkim czasie tato zaprzyjaźnił się z Anną, po czym napisał dla niej historię, która tak się jej spodobała, że zebrała fundusze na ekranizację, zatrudniając ojca jako asystenta reżysera. Od tego czasu poświęcił się tej pracy na całego, awansując wkrótce na głównego reżysera. Ja zaczynałem podobnie, asystując na planach mojego ojca i jednocześnie studiując architekturę. Awansowałem później na dyrektora artystycznego, zagrałem kilka ról… Właściwie pracowałem w każdym filmowym zawodzie. Podobało mi się to, za każdym razem, gdy ojciec szukał kogoś chętnego do jakiejś pracy, ja zawsze zgłaszałem się pierwszy. Byłem też kaskaderem i szefem kaskaderów na planie, gdyż miałem za sobą bokserskie doświadczenia.

Co porabiają teraz Twój brat Enio i córka Stefania?

Mój brat właśnie skończył trzy filmy w Santo Domingo dla producenta „Bronx Warriors” Fabrizio de Angelisa. Stefania zaś zrobiła kilka filmów w Ameryce, w Wilmington, w studiach należących do Dino de Laurentiisa.

Enio ma za sobą bogate doświadczenia aktorskie…

Tak, w latach 50-tych był bardzo znanym aktorem. To mi odpowiadało, mówiono o mnie „brat aktora” (śmiech). Podczas szkolnych wakacji spędzałem z nim dużo czasu na planach jego filmów. Stare, dobre czasy (śmiech).

Jak pamiętasz swoja rolę Mussoliniego w amerykańskim mini serialu „The Winds of War”?

To było wspaniałe doświadczenie. Studiowałem filmy z Mussolinim, doskonaliłem się w jego głosie i ruchach, po czym stałem się dokładną kopią tego człowieka. Gdy spotkałem się z reżyserem, zauważyłem, że daje on swoim aktorom pełną swobodę w graniu. Kręciliśmy serial w prawdziwym biurze Mussoliniego, na jego balkonie, na co niewielu dostało zgodę. Pomagałem reżyserowi Danowi Curtisowi przy tworzeniu serialu, myślę, że nie odebrał tego źle. Poza tym miło było spotykać na planie wielkiego Roberta Mitchuma, obserwującego moją postać.

A jak współpracowało Ci się z jedną z producentów serii, królową włoskiego horroru, Barbarą Steele?

Miła osoba, mówi płynnie po włosku – po opuszczeniu Włoch poślubiła włoskiego inżyniera. Nie jest wielką aktorką ale miłą osobą. Bardzo ją lubię.

Podobnie jak Hitchcock, często grywasz małe rólki w swoich filmach. Dla czystej zabawy, czy po prostu masz chęć odegrania choćby małej rólki w swoim filmie?

No tak, szczególnie w filmach z Franco Nero, na planach których mieliśmy małą umowę – kiedykolwiek grał u mnie, zawsze mogłem mu spuścić lanie w bójce. Ale w ostatnim naszym obrazie, „Jonathan degli orsi”, to ja dostałam wycisk, Franco skręcił mi kark! Uwielbiam z nim pracować.

Może opowiesz nam jakieś szczegóły z planów Waszych wspólnych filmów?

Zawsze mogłem na niego liczyć, naprawdę angażował się w filmy w których grał, stały się one ważną częścią jego życia. Na planie filmu zawsze oddawał całego siebie, jeśli poprosiłbyś go o skok z trzeciego piętra, skoczyłby! To pełen pasji i profesjonalizmu człowiek, kochający swoją pracę, którego kocham bardziej niż jakiegokolwiek aktora. Zrobiliśmy razem sześć filmów, choć mieliśmy ochotę i byliśmy przygotowani na wiele więcej.

 

6851271

 

Zrobiliscie razem świetne poliziotteschi. Opowiedz nam o nich.

Pierwszym z nich był „High Crime” – duży sukces we Włoszech, rozpoczynający całą falę filmów policyjnych.

A „The Big Racket”?

Nakręciłem go w 1975 roku, kiedy we Włoszech wzrastała fala przemocy i wojen gangów. Historia była mocno realistyczna, zaproponował mi ją producent Galiano Juso – cudowny człowiek, zakochany w filmach, mój dobry przyjaciel jeszcze z czasów studiów. Główną rolę otrzymał Fabio Testi, który idealnie do niej pasował, choć ja za nim nie przepadałem. Podczas zdjęć przekonał mnie jednak do siebie swoja punktualnością, dobrym nastawieniem, uprzejmością, rozumieniem moich wskazówek. Fabio stał się moim dobrym przyjacielem, śledziłem jego karierę i kibicowałem mu… wierzyłem nawet, że zostanie kolejnym Jamesem Bondem po Seanie Connerym! Co do reszty obsady, to dołączył do niej znany z „The Front Page” Billy’ego Wildera Vincent Gardenia, dodając nieco humoru i humanizmu do swej postaci. Współpracowaliśmy później razem. Renzo Palmer – świetny aktor, jeszcze lepszy przyjaciel, jego odejście stworzyło wielką pustkę. Orso Maria Guerrini to kolejny znakomity aktor, bardziej związany z teatrem, co zaowocowało kolejną świetną rolą. W sumie to do tej pory snuję o tym obrazie dygresje, gdyż jeszcze nie udało mi się go zobaczyć. Prędzej czy później dopadnę jakąś taśmę. Tak czy owak, był to duży sukces…

Jaka była twoja reakcja na głosy krytyków, którzy twierdzili, że jesteś politycznym ekstremistą, z powodu nagromadzenia przemocy w Twoich filmach?

Nie interesuje mnie co piszą krytycy o moich filmach, nie chce o tym czytać… U siebie w biurze miałem tylko jedną recenzję, artykuł młodego studenta o „Keoma”. Ten obraz ma w sobie wiele z filmów Forda i Peckinpaha, moją intencją było złożenie im pokłonu, a ów student celnie to wychwycił. Napisałem w podziękowaniu do niego. Nie był on jednak zawodowym krytykiem, lecz to jego recenzję mam w swoich archiwach.

Który film pozostaje Twoim ulubionym?

Oczywiście „Keoma”.

To western metafizyczny, bliski „El Topo” Jodorowsky’ego. Co chciałeś nim przekazać?

Tak, film wyszedł u schyłku włoskiego westernu, który nastąpił kilka lat po nim. A więc gdy Franco i ja zaczęliśmy go kręcić, byliśmy w smutnych nastrojach; zdecydowaliśmy że zrobimy coś innego niż do tej pory. Chcieliśmy podziękować westernowi i pożegnać się z tym gatunkiem. To przyszło z głębi serca. Nawet dziś, gdy kręcę kolejny western, odbieram telefon od producenta, mówiącego: „Możemy zrozumieć po lekturze Twojego scenariusza, że jesteś prawdziwym romantykiem westernu, że wkładasz w pisanie o nim całe serce, całą swoją pasję…”. Podobnie było przy „Keoma”, chcieliśmy dać widzom obraz, który sami pokochamy. To dało asumpt producentom na próby wskrzeszenia westernu, jednak powstało po nim tylko kilka ważnych obrazów i gatunek odszedł w zapomnienie.

Co chciałeś osiągnąć poprzez niesamowitą ścieżkę dźwiękową tego obrazu?

Cóż, jest pełna głosów amerykańskich piosenkarzy, których użyłem później jako tło do muzyki Cohena, którego wokale kopiowali Guido i Maurizio de Angelisowie. Początkowo podobało mi się użycie tych głosów, jednak gdy zobaczyłem film kilka miesięcy później, wydały mi się mocno przesadzone i nieco nudnawe.

 

197199-westerns-keoma-wallpaper

 

 

„Te Deum” był jednym z pierwszych slapstickowych westernów. Jakie jest Twoje zdanie o tych filmach i ich późniejszych klonach?

Zaczęło się wszystko w 1966 czy ’67 roku, wraz z „Any Gun Can Play”, który to obraz sprawił, że można było mówić o humorze w westernach. Publiczność przyjęła go bardzo dobrze, pamiętam że po jego sukcesie Bud Spencer wraz z producentem poprosili mnie do siebie, proponując mi wyreżyserowanie filmu z Terrencem Hillem, czegoś w rodzaju komedii dziejącej się w realiach Dzikiego Zachodu – jednak w tym czasie i ja i Terrence mieliśmy inne obowiązki filmowe.

Mówi się o Tobie, jako o reżyserze kina akcji – czy dobrze Ci z tą etykietą, czy jednak stopowała ona Twoją karierę?

Nie, w żadnym wypadku! Bardzo trudno jest nakręcić dobrze sceny w filmie akcji, trzeba mieć dużą wiedzę o kamerze i jej ruchu. Pamiętam rozmowę jaką przeprowadzałem z Robertem Altmanem w Hiszpanii, w San Sebastian o filmie „The Long Goodbye” – zapytałem go dlaczego tak często w swoich obrazach używa travellingu – nawet podczas dialogów, co sprawia, że ruch jest ciągły. Odpowiedział mi pytaniem: „Czy jesteś reżyserem?” Gdy potwierdziłem, skwitował całość słowami : „Film to ruchomy obraz” (śmiech). To bardzo ważne – filmy to perfekcyjne mieszanki akcji i techniki. Uwielbiam kręcić sceny akcji, zdarzało się, że kręciłem je dla innych kolegów po fachu, gdyż najzwyczajniej w świecie nie radzili sobie z nimi… Stare, dobre czasy!

Opowiedz nam może o „Bronx Warriors”.

Cały pomysł filmu narodził się jako odpowiedź na „Escape From New York” Carpentera. To nasza włoska specjalność: imitacje zagranicznych produkcji, które odniosły sukces. Poświęciłem mu sporo czasu i pasji, kręcąc wszystkie sceny w Bronxie, miejscu pełnym zła i przemocy, co na szczęście okazało się ciekawym doświadczeniem. Ostrzegano nas o niebezpieczeństwie na ulicy, ale w miejscu, gdzie rezydowaliśmy nie mieliśmy problemów. Chronili nas uzbrojeni po zęby policjanci, którzy jednak chowali się w swych samochodach, wychodząc z nich tylko po coś do jedzenia. To co pomogło nam najbardziej przetrwać w tym miejscu, to fakt, że niektórzy z nas mówili płynnie po angielsku i hiszpańsku oraz nasz śródziemnomorski charakter. Wszyscy byli dla nas mili. Reżyserowałem film po hiszpańsku, którym swobodnie się posługuje, gdyż współpracowałem z wieloma Portorykańczykami. Zrozumiałem ich pozycję w społeczeństwie, zapraszałem ich na lunch, pomagałem im rozwiązywać problemy codziennego życia, zapraszałem ich by usiedli na reżyserskim stołku, wiesz te wszystkie małe sprawy… To był naprawdę wspaniale spędzony czas na Bronxie. Powróciłem tam przy okazji kolejnego projektu i Ci ludzie rozpoznawali mnie, darząc mnie miłym słowem.

W 1986 roku ogłoszono, że trzecia część „Bronx Warriors” będzie miała miejsce w londyńskich dokach. Czy możemy oczekiwać tej kontynuacji?

Ten projekt raczej się nie uda – tak, jak łatwo było nakręcić drugą część obrazu, tak trudno jest w wypadku części trzeciej. Bardziej interesowałem się filmem o dzieciach, które uczą się boksu w młodym wieku, od pięciu do siedmiu lat, spotkałem takie sytuacje w Bronxie, jednak ten obraz, który ma już tytuł „The Smoker” chyba nie dojdzie do skutku.

 

 

Czy to prawda, że Marka Gregory’ego „odkryłeś” na siłowni?

Tak, miał wtedy 17 lat, gdy skończyliśmy „Bronx Warriors” miał 18 – tkę. Sprawiał dużo problemów, miał jakieś tarcia ze swoja rodziną. Chciałem dać mu szansę, ale on chyba tego nie doceniał – zamykał się w sobie, z nikim nie chciał rozmawiać. Dziwna osoba.

Czy wiesz co się z nim teraz dzieje?

W „Bronx Warriors” zagrał bardzo dobrze, w sequelu już dużo gorzej, a potem zniknął bez śladu. Wiem, ze stworzył kilka obrazów z Fabrizio de Angelisem, producentem „Bronx Warriors”. Potem jednak przestał bawić się w aktorstwo, ponoć nie ciekawiło go zbytnio – podobno jest kelnerem w rzymskiej restauracji, ale gdy tam się zjawiłem, nie było go.

Od gwiazdy kina do kelnera – zwykle ta droga wygląda inaczej…

No tak! (śmiech)

„Bronx Warriors” okazał się dużym hitem w Ameryce…

Właściwie to na całym świecie odniósł sukces. W amerykańskich kinach wszedł na piąte miejsce rankingu najbardziej popularnych w swoim czasie obrazów. Do tej pory mam notkę o tym wydarzeniu z Variety. Spełniły się moje marzenia.

Opowiedz teraz o problemach jakie miałeś przy „L’ Ultimo Squalo” obrazie który stał się nawet zbyt popularny w Stanach…

To niesamowita historia – niemożliwym wydawałoby się konkurowanie ze Spielbergiem i wyjście z tej sytuacji zwycięsko. Mieliśmy mechanicznego rekina, który działał w taki sam sposób jak ten amerykański, lecz przy mniejszych nakładach finansowych. W pierwszy weekend w Los Angeles film zarobił dwa miliony dolarów, co było szaloną sumą jak na europejski, a tym bardziej włoski film. Brałem w tym udział, byłem wtedy w L.A. Po 15 dniach film przemianowano z tytułu „The Last Shark” na „The Great White”. Zarobił już wtedy około 20 milionów dolarów i Amerykanie zaczęli się nas obawiać. Universal wynajął prawników, którzy zaczęli z nami walczyć, niszcząc cały osiągnięty przez nas efekt. Na szczęście film osiągnął sukces na całym świecie, nie tylko w USA. Największy międzynarodowy sukces w mojej całej karierze. W niektórych krajach wchodził do dystrybucji jako „Jaws 3″! (śmiech). W rzeczywistej trzeciej części „Jaws” jest kilka scen, które wyglądają zupełnie jak te moje, stworzone dwa lata wcześniej. Najpierw zastopowali moją karierę, by potem zerżnąć kilka scen z mojego obrazu, w tym jedną ujęcie po ujęciu.

Model rekina był imponujący, co się z nim stało?

Zrobił go człowiek z Milanu, na co dzień projektujący zabawki. Stworzył cały model na Malcie, w wielkim basenie; był to plastikowy rekin, który uległ zniszczeniu kilka miesięcy po nakręceniu obrazu. Pisałem już kilka razy o tym.

Opowiedz o swoim spotkaniu z prawdziwym rekinem na planie…

Kręciliśmy właśnie na Karaibach, pośród 32 rekinów z meksykańską ekipą, która nie miała z nimi problemu. Dla mnie jednak nie było to łatwe – gdy kręciłem podwodne sceny z moim kierownikiem zdjęć, jeden z rekinów uciekł trenerowi i zaczął kierować się prosto na mnie, z szybkością pociągu. Cóż można powiedzieć – zesrałem się w gacie ze strachu (śmiech).

 

lastsharkwhatculturecom

 

Zainicjowałeś postapokaliptyczny cykl „Warriors of the Wastelands” obrazem „New Barbarians”.

Cóż, ten film wydaje mi się żartem (śmiech). Producent dał nam na jego nakręcenie sześć tygodni. Jeżdżenie po Rzymie w tych futurystycznych samochodach było niesamowitym przeżyciem, ale sam film jest bardzo zły (śmiech), a jego stworzenie graniczyło z cudem, patrząc na problemy jakie z nim mieliśmy.

Co stało się z małym Giovannim Frezzą? Stworzył kilka obrazów na początku lat 80-tych, po czym słuch o nim zaginął.

Tak sprawy się zwykle mają z dziecięcymi aktorami. Z tego co wiem, nie gra już w filmach, podobnie jak Salvatore Cascio, dzieciak z „Cinema Paradiso”. Ich kariery trwają często tylko kilka lat.

A jak wspominasz współpracę z Miss Włoch ’77, Anną Kanakis?

Była bardzo miła… była żoną Claudio Simonettiego. Gdy się poznaliśmy zapytała mnie po prostu o rolę, a ja nie odmówiłem (śmiech). To był jej pierwszy obraz, i choć nie była zawodową aktorką, poradziła sobie bardzo dobrze.

Nie nakręciłeś wielu gialli…

Zrobiłem jedno w ramach telewizyjnej serii „Extra Large”, o seryjnym mordercy działającym w Miami – „Miami Killer”. Pamiętam, że odniósł duży sukces w telewizji. Dziwnie oglądało się Buda Spencera w dramatycznej roli, to chyba mój najlepszy wkład w ten nurt.

 

cold

 

„The Cold Eyes of Fear” to „giallo w zamknięciu”.

Cały obraz dzieje się w willi, co sprawiało duże problemy w wytworzeniu akcji, ale lubię ten film. Pod koniec zdjęć okazało się, ze nasz dystrybutor popadł w długi, skutkiem czego film trafił od razu do telewizji, pomijając drogę kinową.

„Sensitiva” (a.k.a. „Kyra,The Last House Near the Lake”) było thrillerem erotycznym.

To nie jest mój film. Kłóciłem się o niego z producentem, gdyż chciał w nim umieścić moje nazwisko bez zgody. Kręciłem go w Hiszpanii, gdzie mieliśmy dużo problemów, głównie z pieniędzmi, co spowodowało, że nie ukończyłem obrazu. Wyszedł na ekrany dokończony przez ludzi producenta, nie jestem za niego odpowiedzialny.

Widziałeś go kiedyś?

Tak, jest tragiczny (śmiech).

Czy Twoim dziełem jest film akcji „Striker”? Podpisany jest pod nazwiskiem Stephen M. Andrews.

Tak, to mój obraz. Stephen wziął się od imienia mej siostry, Stefanii, M. to inicjał imienia żony, Mirelli, zaś Andrews pochodzi od imienia mojego syna, Andrei (śmiech). Przy okazji „Extra Large” pracowałem z amerykańskim aktorem Andrew Stephensem, powiedziałem mu, że będę pracował pod podobnym pseudonimem do jego nazwiska. „Strikera” nakręciłem podczas wakacji z rodziną, jego producent wykorzystał czas, który spędzaliśmy wspólnie z rodzinami. A więc byłem na wakacjach, przy okazji kręcąc film, w który jednak niezbyt mocno się angażowałem. Mieliśmy tylko jedną, ręczną kamerę, żadnych wózków, nic! A wyszedł z tego całkiem niezły film.

John Steiner, prawdziwy klasyk włoskiej eksploatacji, pracował z Wami.

Wspaniały człowiek, bardzo inteligentny, posługujący się włoskim równie biegle jak angielskim. Kiedy tylko nie szarżuje to bardzo dobry aktor!

„Sinbad of the Seven Seas” wyszedł pod Twoim nazwiskiem, lecz wygląda jak dzieło Luigiego Cozziego, który napisał do niego scenariusz. Co się stało naprawdę na planie tego obrazu?

Na napisach początkowych jest wyraźnie napisane – produkcja i reżyseria: Enzo Castellari, lecz to nie ja skończyłem ten obraz. Zrobiłem czterogodzinną wersję telewizyjną, która spodobała mi się z powodu Lou Ferrigno, który w końcu miał jakąś rolę pełną humoru. Jednak wytwórnia miała problemy z podatkami, czy czymś w tym stylu, więc zaprzestali jego produkcji. Zniknęli producenci, więc zaprzestałem kręcenia. Po czym, po jakimś czasie dzwoni do mnie córka ze Stanów, mówiąc : „Tato, w wypożyczalniach pojawił się Sinbad!” Kupiła go i wysłała mi do Włoch. Zobaczyłem wtedy najbardziej zły, nieoglądalny film, jaki widziałem w moim całym życiu.

Z Twoim nazwiskiem w czołówce…

Niestety. Użyto tylko części moich zdjęć, przycięto ponad trzy godziny tego materiału, nakręcając wiele scen od nowa. Stała się historią opowiadaną przez Darię Nicolodi małemu dziecku: „Pamiętam Sinbada Żeglarza…”. Okropne! Poszedłem więc do mojego prawnika po radę – skoro jestem producentem tego obrazu to zobaczę jakieś pieniądze? Lecz to nie było takie proste. To najzwyczajniej w świecie najgorszy film, jaki widziałem.

Chcielibyśmy też, byś opowiedział nam co nieco o Twojej uwspółcześnionej adaptacji Wojny Trojańskiej – „Hector the Mighty”. Skąd ten pomysł?

Pomysł wziął się z francuskiej książki opowiadającej tę historię we współczesny sposób. Udało mi się zaprosić do filmu wielu sławnych Włochów: Vittorio De Sicę, czy Giancarlo Gianniniego. De Sica był wtedy świeżo po wygraniu trzeciego Oscara, więc kierowanie nim jako aktorem było dla mnie niezwykle emocjonalne. Okazał się prostym i miłym człowiekiem, będąc jednocześnie jednym z największych twórców kina.

Jednym ze scenarzystów był Lucio Fulci?

Wydaje mi się, że napisał tylko jeden rozdział z całości, nie udało mi się z nim współpracować. Co jest dosyć śmieszne, gdyż, gdy stał się popularny, powiedział kiedyś o mnie: „Castellari to mój uczeń”, coś w tym stylu, mimo iż nie spotkałem się z nim nigdy.

Niedawno z nim rozmawialiśmy, bardzo dobrze wyrażał się o Tobie.

Nie wiem dlaczego! (śmiech)

Podobno byłeś blisko reżyserowania „Zombie Flesh Eaters”? Jak wyglądała ta historia?

Skąd o tym wiecie? To prawda, oferowano mi kilkukrotnie reżyserię tego obrazu, przez kilka miesięcy wręcz zamęczano mnie tym projektem – ja jednak byłem nieugięty, bo nie lubię filmów o zombie. Po prostu nie miałem na jego kręcenie żadnej chęci. To był bardzo ważny i szczęśliwy jednocześnie moment w karierze Lucia, gdyż był wtedy w trudnym okresie. Moja odmowa spowodowała jego powrót do reżyserowania.

Twój ojciec nakręcił w rok później „Zombie Holocaust”, który odcinał kupony od dzieła Fulciego. Widziałeś ten film?

Nie, w ogóle się tym nie interesowałem. Nie widziałem zresztą wielu późnych filmów ojca.

Pośród Twoich kolegów – reżyserów, kogo uważasz za najlepszego?

Z Włochów najlepszy jest Antonio Margheriti!

Reżyser „Wściekłych Psów”, Quentin Tarantino powiedział nam w wywiadzie (wywiad po polsku na stronie kinomisja.blogspot.com), że jego ulubionymi reżyserami pozostają Antonio Margheriti i Enzo Castellari. Co Ty na to?

Chciałbym zobaczyć ten wywiad, i podziękować mu za te słowa, jednocześnie dając mu znać, że jestem jego fanem. Poproszę o kopię tego wywiadu. Co za niespodzianka!

Tarantino powiedział, że „Inglorious Bastards” to najlepszy film włoskiej eksploatacji w dziejach. Jak Ty pamiętasz pracę nad tym obrazem?

Cóż…(śmiech), dziwne doświadczenie, film zaczynaliśmy kręcić jako tani obraz, ale z dnia na dzień, rozrastał się do czegoś wielkiego. Nakręciliśmy go z amerykańskimi aktorami w Rzymie. W końcówce jest mocna scena wybuchu pociągu na stacji. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że widzowie odbierają go jako wielką produkcję. W tym czasie we Włoszech istniało prawo zakazujące używania w filmie broni – a więc zrobiłem film o wojnie bez prawdziwej broni! Byłem bardzo innowacyjny w tym względzie, tworzyliśmy pistolety z plastiku, itd. Jestem z niego dumny, muszę porozmawiać o nim z Tarantino.

Twój ostatni obraz, „Jonathan of the Bears” zawiera motywy ekologiczne.

Tak, to dobry film, z którego też jestem dumny. Nakręciłem go w Rosji, gdzie nieustannie napotykałem na problemy – Rosjanie żyli tyle lat w ustroju komunistycznym, że teraz gdy się wyzwolili spod jego władzy, czują się wolni. To wspaniali ludzie, ale bardzo biedni. Jestem więc w stanie zrozumieć, że nie zawsze są mi w stanie pomóc, albo że np. jednego dnia aktor przychodzi na plan, drugiego nie. Chciałbym do nich wrócić, zobaczymy czy się to uda… Teraz mam w planach naprawdę duży projekt – western.

 

ividit

 

Powiesz nam coś więcej o nim?

Chciałbym aby pojawiły się w nim wszystkie wielkie gwiazdy włoskiego westernu – Franco Nero, Giuliano Gemma, Fabio Testi, Tomas Milian, Terence Hill… zaś Anthony Quinn zagra starego Indianina! Chciałbym go zadedykować Sergio Leone, także poprzez małe role aktorów znanych z ról u niego, czyli Clinta Eastwooda czy Charlesa Bronsona. Jak na razie mój projekt ma spory odzew, pojawiają się aktorzy, którzy chcieliby wziąć w nim udział. Zdjęcia rozpoczynamy w Hiszpanii, liczę, że odbędzie się bez problemów.

 

Źródło zdjęć: youtube.com, rowereviews.weebly.com, thecreaturefeaturevleachers.wordpress.com, ivid.it, free-movies.me

  • http://panorama-kina.blogspot.com/ Mariusz

    Witam na nowej stronie, miałem problem z dodaniem komentarza, ale może teraz się uda.
    Domyślam się, że ten projekt, o którym Castellari mówi na końcu, nie doszedł do skutku. Wielka szkoda, film z taką obsadą musiałby być zajebisty, nie ma innej opcji. Wywiad jest super, ale mam wrażenie że został ucięty, bo na pytanie „Zrobiliście razem (z Nero) świetne poliziotteschi. Opowiedz nam o nich” następuje zdawkowa odpowiedź i od razu przejście do „Big Racket”.

    • TheBlogThatScreamed

      Liczę, że z komentarzami nie będzie większych problemów. Dla nas sam panel Disqus to też nowość :)

      Z tego co widzę, w planach jest jednak „Keoma Unchained” ze ZJAWISKOWĄ OBSADĄ: Nero, Spencer, Saxon, Milian, Testi, Garko, Hilton, Deodato!
      Ale co z tym dalej będzie…

  • http://gracz.org/ Makabe

    Cieszę się, że w końcu przeszliście na WP, trzeba się rozwijać :)

    • TheBlogThatScreamed

      Dzięki za dobre słowo, jesteśmy tego samego zdania!