logo
racket-672x372

„Trudno na wojnie pozostać obojętnym” – Enzo G. Castellari – The Big Racket

W zeszłym roku miałem taki plan, żeby nadrobić zaległości w gatunku poliziotteschi. Jak zwykle w takich wypadkach skończyło się na dobrych chęciach, bo od kwietnia 2014, kiedy napisałem parę słów odnośnie włoskich policyjniaków, jedynie kilkakrotnie miałem z nim styczność. Ale ani razu nie chciało mi się pisać recenzji. Teraz, gdyby nie Kuba, też bym nie napisał. Od pewnego czasu kolega współautor nagabuje mnie, żeby skrobnąć co nieco  o jednym z policyjniaków Castellariego. Powiada, a to że nowy blog, a to że ma publikować kilka tekstów poświęconych temu reżyserowi, a to że skoro on będzie pisać o „Keomie”, to ja dla równowagi mógłbym o „The Big Racket”.

Ostatni argument wypadł mi z ręki, gdy okazało się, że film jest dostępny na YT. Nie było wyjścia – obejrzałem. Fatalny dubbing. Wolałbym jednak wersję z napisami, ale nie wiem, czy takowa jest. Kuba szukał, ale chyba nie znalazł. Jakby ktoś posiadał może podrzucić link, gdzie takowe pobrać, albo sam opracować i podesłać. Ludzkość, szczególnie ta część, która uwielbia włoskie policyjniaki, byłaby wdzięczna. Co do samej istoty, to „The Big Racket” (1976) z jednej strony nie wychodzi poza schematy typowe dla gatunku, a z drugiej – stanowi niepozbawioną błysku i oryginalności najczystszą formę italo-crime z ciekawie poprowadzoną intrygą i trzymającą w napięciu akcją.

UWAGA SPOILERY!!!

Inspektor Nico Palmieri (Fabio Testi) to typowy policjant działający na granicy prawa, który próbuje złapać gang zajmujący się wymuszaniem haraczy na drobnych przedsiębiorcach w zamian oferując im spokój i bezpieczeństwo. Przerażeni mieszkańcy odmawiają jakiejkolwiek współpracy z organami ścigania. Przestępcy to grupa młodych, aroganckich i sadystycznych ludzi, przekonanych o swej bezkarności. W przypadku aresztowania, korzystając z usług sprytnego adwokata, umiejętnie wykorzystującego luki prawne i niewydolny system, szybko wychodzą na wolność i wracają do swojego procederu, bezwzględnie mszcząc się na poszkodowanych, którzy złożyli przeciw nim zeznania albo stawili opór, stając na ich drodze. Ale ta działalność to przysłowiowy wierzchołek góry lodowej, stanowią oni bowiem jedno z ogniw przestępczego syndykatu, który chce przejąć kontrolę nad miastem. Jedyny człowiek naprawdę zainteresowany położeniem kresu fali zbrodni jest Palmieri. Bezsilny, osamotniony, po odejściu ze służby, zbiera grupę podobnych jak on wyrzutków poszkodowanych przez gangsterów, aby wymierzyć im sprawiedliwość. W szeregach samozwańczych mścicieli jest miejsce i dla przestępców i dla ofiar szantażystów.

 

racket

 

Castellari bazuje na motywach zaczerpniętych z „Brudnego Harry’ego” i „Życzenia śmierci”, co pozwoliło mu uchwycić przygnębiającą atmosferę Włoch lat 70-tych, kiedy państwo zalewała fala przemocy i terroryzmu, a służby państwowe spętane biurokracją oraz korupcją wykazywały się biernością. Filmy tego nurtu nie odzwierciedlają jednak prawdy, zaś ich twórcy, w tym Castellari, posuwają się o wiele dalej, przekraczając granicę realizmu. Ukazują rzeczywistość mocno przejaskrawioną, na granicy paranoi. Przestępcy w „The Big Racket” to zło wcielone, agresywne dzikusy (wewnętrznie i zewnętrznie, ucharakteryzowani na hippisów) czerpiący wyraźną satysfakcję z zadawania bólu, poniżania i mordowania swych ofiar.

Jak to w policyjniaku, kluczową rolę odgrywają akty przemocy. Najmocniejszą wymowę mają sceny dwóch gwałtów. Ofiarą pierwszego pada nastoletnia córka restauratora, który jako jedyny zdecydował się przerwać zmowę milczenia. Dziewczyna ostatecznie popełnia samobójstwo. Drugą ofiarą jest żona mistrza strzelectwa (Orso Maria Guerrini). Strzelec wyborowy jako dobry obywatel postanowił pomóc policji i został ukarany. Zgwałcona żona żywcem spłonęła w pożarze mieszkania, a jemu nie pozostało nic innego tylko bezradnie się przyglądać. Najbardziej widowiskowe pozostają dwie sceny wielkich strzelanin – na bocznicy kolejowej i finałowa w opuszczonym magazynie. Castellari zasymilował w nich estetykę kina Sama Peckinpaha na grunt włoski, nadając im niemal baletowego charakteru. Wielkie uznanie dla niego, tym bardziej że reżyser dysponował skromnym budżetem, co skutkowało masą błędów, niedociągnięć i uproszczeń, które, choć stanowią jeden ze stałych motywów dla gatunku, mogą powodować zgrzytanie zębami. Sam się, niestety, na tym kilkakrotnie złapałem. Wielka strata, że „The Big Racket” nie mógł zostać bardziej dopracowany. Ograniczone środki, cięcie kosztów przy popisach kaskaderskich i efektach specjalnych to jedno, a magia kina to drugie, bo scena, w której samochód z Palmierim w środku zostaje strącony ze zbocza i koziołkuje w dół to autentyczny majstersztyk.

 

big-racket-im1

 

Ale to nie nagromadzeniu brutalności, szybkiej akcji poprzetykanej ujęciami slow-motion i sadystycznym zbrodniom popełnianym z uśmiechem na ustach należy oddać palmę pierwszeństwa. Największym atutem filmu Castellariego jest gra na emocjach. Czegoś takiego nie zapewniają ani „Brudny Harry” ani „Życzenie śmierci”, tam widz śledzi sobie wydarzenia, kibicuje głównym bohaterom i właściwie tyle. W przypadku „The Big Racket” rzecz ma się trochę inaczej. Wkurwiony nieudolnością policji, bezsilnym szamotaniem się Palmieriego, kryzysem systemu i zastraszonym społeczeństwem, niezdolnym do podjęcia kroków zaradczych, gdyby mógł sam wszedłby na ekran, niczym nastolatek z „Bohatera ostatniej akcji”, i pourywałby łby i posłał gangsterom kilka kulek. Mocne, niezwykle sugestywne kino, działające na wyobraźnie i emocje. Trudno na wojnie pozostać obojętnym, gdy miasto przeistacza się w pole bitwy, na którym trwa bezwzględna walka. Fani euro-crime na pewno nie będą zawiedzeni czy rozczarowani, ten rodzaj rozrywki to dla nich chleb powszedni.

 

Źródła zdjęć: rarecultcinema.com, snipview.com

  • http://panorama-kina.blogspot.com/ Mariusz

    Ta scena w której samochód został strącony ze zbocza jest faktycznie świetna, spora część tej sceny filmowana jest od wewnątrz, kamerą subiektywną, co jeszcze bardziej wzmacnia dramaturgiczny efekt. No i te strzelaniny – genialne. Ja nie zauważyłem tu większych uchybień i trudno mi uwierzyć, aby budżet był skromny. Ale ‚skromny budżet’ to pojęcie trudne do zdefiniowania, ponoć „Ida” Pawlikowskiego kosztowała 10 milionów i mówią, że to skromny budżet, a dla mnie to wielka kasa ;)